[…]
Wygodnie jest mówić, że Jezus przyszedł, aby głosić miłość. Tylko, że miłość Zbawiciela potrafiła przybrać postać bicza, którym wypędził profanatorów ze świątyni. Mistrz często używał ostrych, nawet brutalnych słów. On nie przyszedł krzewić „słitaśnego”, polanego lukrem pokoju bez zobowiązań. On przyniósł światu miecz (Mt 10, 34).
Tak też rozumiał miłość papież Urban II, wzywając wiernych na krucjatę (1095). Rzecz miała aspekt duchowy (obronę Grobu Chrystusa i miejsc świętych), miłosierny (ratunek dla chrześcijan cierpiących pod mahometańskim jarzmem), ale i polityczny. Toż w momencie, gdy Ojciec Święty rozpalał serca w Clermont, trwała już wielka ofensywa islamu na Europę, prowadzona z trzech kierunków: od zachodu (Półwysep Iberyjski), południa (Sycylia, Półwysep Apeniński) oraz wschodu (wyspy Morza Śródziemnego, próby szturmów Konstantynopola). Krucjaty przeniosły środek ciężkości tych zmagań na Bliski Wschód, dały Europie czas na przygotowanie obrony.
Gdyby wtedy Kościół nie „wtrącił się do polityki”, to dzisiaj panie posłanki z Lewicy paradowałyby w burkach i pasłyby kozy. To ostatnie w ich przypadku nie byłoby rzeczą złą, albowiem każdy powinien wykonywać pracę, do której został stworzony.
[…]
Całość:
