[…]
W ostatnim stuleciu wylano morze atramentu udowadniając, że największa armata szwedzka wcale nie była kolubryną zdolną wyrzucać 26-funtowe pociski. Istotnie, najgroźniejsze monstra w puszkarskim bestiariuszu Müllera strzelały nieco mniejszymi, bo 24-funtowymi pociskami – za to tych armat było aż dwie. Zaliczano je do klasy półkartaun, zaś o ich możliwościach świadczyła ich potoczna nazwa – murołomy.
Już nazajutrz po przybyciu „kolubryn” na klasztor spadła prawdziwa nawała ognia. Naliczono 340 większych i mniejszych kul armatnich, jakie w tym dniu uderzyły w sanktuarium. Jak na tamte czasy i jak na tak niewielki obiekt było to znaczne natężenie ostrzału. Klasztorne mury dzielnie zniosły zadane im ciosy, choć wyrządzone szkody były znaczne. Pojawiły się pierwsze znaczące wyłomy. Jeszcze gorszy był potężny wstrząs psychologiczny, jakiemu zostali poddani obrońcy. Szokujące wrażenie wywarła na nich zwłaszcza śmierć trzech towarzyszy, którym kula armatnia oderwała głowy.
Obrońcy odpowiedzieli na ostrzał całą mocą ognia, jaką dysponowali. W tym dniu udało im się rozbić jedno mniejsze działo szwedzkie i ubić sześciu wrogich puszkarzy.
[…]
https://pch24.pl/piekielne-kolubryny-pod-jasnogorskim-szancem
