Credo

O katolickich rębajłach

Patrząc wstecz na dzieje Kościoła z upodobaniem wspominamy świętych, papieży, wybitnych teologów, zacnych mnichów, przenikliwych myślicieli… Oni wszyscy zapisali wspaniałe karty historii, ich imiona będą żyć w naszej pamięci, a czyny i dokonania unieśmiertelniła sztuka.

Ale Pan Bóg miał też swoich niewyedukowanych prostaczków, zatopionych wszak w ufnej modlitwie; swych skruszonych grzeszników, pogrążonych w bezdennej rozpaczy, gdy pojęli wreszcie ogrom własnego zła; ludzi o pogmatwanych biografiach – niespokojnych, szamoczących się z życiem, nieraz odpychających wyciągniętą rękę – ale stale, bez ustanku, poszukujących. Miał też wreszcie swoich rębajłów, zabójców niewinnych jak dzieci, klęczących w pokornym dziękczynieniu na zroszonych krwią pobojowiskach.

Źródło: Wojownicy Chrystusa

O chwale krucjat

Wygodnie jest mówić, że Jezus przyszedł, aby głosić miłość. Tylko, że miłość Zbawiciela potrafiła przybrać postać bicza, którym wypędził profanatorów ze świątyni. Mistrz często używał ostrych, nawet brutalnych słów. On nie przyszedł krzewić „słitaśnego”, polanego lukrem pokoju bez zobowiązań. On przyniósł światu miecz (Mt 10, 34).

Tak też rozumiał miłość papież Urban II, wzywając wiernych na krucjatę (1095). Rzecz miała aspekt duchowy (obronę Grobu Chrystusa i miejsc świętych), miłosierny (ratunek dla chrześcijan cierpiących pod mahometańskim jarzmem), ale i polityczny. Toż w momencie, gdy Ojciec Święty rozpalał serca w Clermont, trwała już wielka ofensywa islamu na Europę, prowadzona z trzech kierunków: od zachodu (Półwysep Iberyjski), południa (Sycylia, Półwysep Apeniński) oraz wschodu (wyspy Morza Śródziemnego, próby szturmów Konstantynopola). Krucjaty przeniosły środek ciężkości tych zmagań na Bliski Wschód, dały Europie czas na przygotowanie obrony.

Gdyby wtedy Kościół nie „wtrącił się do polityki”, to dzisiaj panie posłanki z Lewicy paradowałyby w burkach i pasłyby kozy. To ostatnie w ich przypadku nie byłoby rzeczą złą, albowiem każdy powinien wykonywać pracę, do której został stworzony.

Źródło: Prorocy i judasze

O kościółkowych celebrytach

Na jesieni 2020 roku, podczas ekscesów obwołanych szumnie Strajkiem Kobiet, polityka wtargnęła do Kościoła w sensie dosłownym. W całym kraju nielegalne spędy opozycyjnej gawiedzi, ubezpieczane przez zastępy rządowej policji (!!!) maszerowały na świątynie, by miotać tam bluzgi, a tu i ówdzie kamienie i butelki. Znane i uznane „humanistki” podjudzały do zajść, publicznie używając słownictwa właściwego dla środowisk patologicznych […].

Znalazło się w onym czasie wielu kapłanów, co nie bali się nazywać zła po imieniu, co nie szli ze złem na kompromisy i na „dialogowanie” – i chwała im za to. Ale bywało także inaczej. Nie przypominam sobie, by jakiś błyszczący stale w mediach hierarcha zwrócił się wtedy do ludu:

– Stańmy murem, brońmy naszych świątyń, brońmy Krzyża! Powstrzymajmy tych barbarzyńców!

Niejeden jutubowy czy gazetowy kaznodzieja, mocny w gębie i goniący za popularnością, uwielbiający gwiazdorzyć w świetle kamer pouczając maluczkich, w tamtym trudnym czasie próbował łasić się do lewackiej tłuszczy – że niby brzydzi go „formowanie bojówek dla obrony obiektów kościelnych”, że „protestujące kobiety zostały sprowokowane”, albo i wprost, że on „też nienawidzi TEGO Kościoła”.

Ci mistrzowie pustego słowotoku sami oczywiście nie stanęli na progu atakowanych świątyń, aby chronić je przed profanatorami, skądże znowu. Nie wytykali hołocie antykatolickich bluzgów, ani zakłócania nabożeństw, ani dewastacji miejsc kultu. No bo przecie jeszcze by im przez to spadła ilość „lajków”! Ot, polityka…

Źródło: Prorocy i judasze

O grzechach wołających o pomstę

Stosunkowo niedawno pojawił się pomysł błogosławienia przez Kościół związków pederastów. W tym miejscu sięgnę pamięcią do mego dzieciństwa, kiedy to księża katecheci w pocie czoła próbowali przelać kapkę teologicznej wiedzy do mej opornej łepetyny (fakt, były to naprawdę inne czasy, bo papieże witali się wtedy z ludem sławiąc Imię Pana, a nie banalnym „Dzień dobry”).

Tedy dziecięciem jeszcze będąc, dowiedziałem się na katechezie między innymi, że taki grzech sodomski to jedna z przewin wołających o pomstę do nieba. Taki, w świetle nauczania Kościoła, jest kaliber owego uczynku.

Dlatego dzisiejszy pomysł błogosławienia przez duchowieństwo konkubinatów sodomitów to nie tylko pokraczne naśladownictwo polityków szukających taniego poklasku. Ani nie sama odrażająca karykatura sakramentu małżeństwa. Jeżeli jakiś hierarcha zapragnął błogosławić związki generujące grzech wołający o pomstę do nieba, to w najlepszym razie mamy tu do czynienia ze schizofrenią; w najgorszym zaś – ze słabo zakamuflowanym, nudnym do bólu satanizmem, próbującym przemycić zło w kostiumie dobroci.

Źródło: Prorocy i judasze

O cudach i objawieniach

… kilka lat temu mój przyjaciel udał się w podróż do czerwonych Chin […]. Spotkał tam zadziwiających ludzi. […] gadał też z pewnym księdzem, którego kiedyś aresztowano, jako młodego chłopaka, w czasach Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej […]. Ów ksiądz, a wtedy ledwie młody katol, miał nielichą przeprawę. Czerwoni chcieli, żeby wyrzekł się wiary, a kiedy odmówił, torturowali go. Każdy ma swoją granicę wytrzymałości i ten chłopak w końcu ją osiągnął. Nie, nie dokonał apostazji. Pewnej nocy uznał, że dłużej nie wytrzyma i postanowił odebrać sobie życie.

[…] dla katolika samobójstwo to potworny grzech, skazujący na wieczne potępienie. To pokazuje poziom desperacji, w jakiej był ten chłopiec. Jednak nie zabił się, bo – można wierzyć, nie wierzyć, wolna wola! – w celi zobaczył Chrystusa.

Nawet głęboko wierzącemu chrześcijaninowi łatwiej jest słuchać o objawieniach i cudach sprzed 2000 czy choćby 100 lat. Jednak kiedy ktoś mówi nam, że osobiście widział Jezusa, to patrzymy nań podejrzliwie, albo z uzasadnioną troską, i właśnie tak zerknął na chińskiego duchownego mój przyjaciel. Wszakże ten ksiądz wcale nie wyglądał na „nawiedzonego”, buchającego emocjami narwańca. Przeciwnie – był spokojny, opanowany – taki typ naukowca z umysłem ostrym jak skalpel. W zadumie wpatrywał się w przeszłość, po czym rzekł memu znajomkowi:

– Widziałem Go, tak jak teraz ciebie widzę. On dał mi siłę. Pomógł mi wytrzymać tortury i więzienie. Dzięki Niemu zostałem kapłanem.

Zastanowił się jeszcze chwilę, po czym, z tą swoją chłodną powściągliwością, z dociekliwością badacza bezkompromisowo poszukującego prawdy, stwierdził na koniec:

– Nie wiem, czy było to objawienie Boskie, czy demoniczne. To okaże się po tym, czy będę dobrym księdzem.

Źródło: Zdelegalizować Kościół?