Rycerze Chrystusa. Zakony rycerskie i ich wojny

Nakładem Wydawnictwa Sumus ukazało się wznowienie książki Andrzeja Solaka Rycerze Chrystusa. Zakony rycerskie i ich wojny.

Zob.:

https://sumuswydawnictwo.pl/pl/p/Rycerze-Chrystusa.-Zakony-rycerskie-i-ich-wojny/1421

Fragmenty:

Ostatecznie Antiochia została zdobyta. Zaledwie pielgrzymi schronili się w jej murach, pod miastem stawiła się spóźniona, ale potężna liczebnie odsiecz turecka.

Przewaga wroga była ogromna. Krzyżowcy z oblegających stali się oblężonymi. Umocnienia Antiochii zapewniały im ochronę, ale twierdza ogołocona była z żywności. Chrześcijanom rychło zajrzał w oczy głód. Jego miarą był powszechny ubój koni. A przecież rumak był dla rycerza przyjacielem w potrzebie, środkiem podróży i walki, a zarazem lokatą kapitału. Wkrótce nad wojskiem krzyżowym pojawiło się widmo zagłady.

I wtedy wydarzył się cud. Uczestniczący w wyprawie biedak, Piotr Bartłomiej, zgłosił się do dowództwa z informacją, że od szeregu miesięcy ma prywatne objawienia. Doznawał wizji spotkania ze św. Andrzejem Apostołem. Święty miał wskazać mu miejsce ukrycia potężnej relikwii – włóczni setnika Longinusa, tej samej, która przed z górą tysiącem lat przeszyła bok Chrystusowy. Duchowni po wysłuchaniu prostaczka wzruszyli tylko ramionami; uznali go za oszusta, w najlepszym wypadku fantastę, kazali iść precz. Jednak wieść o relikwii rozeszło się po wojsku. Żołnierze, wśród których desperacja osiągnęła punkt szczytowy, głośno domagali się poszukiwań. Pod ich naciskiem rozpoczęto poszukiwania.

Włócznia miała być ukryta pod antiocheńskim kościołem św. Piotra. Rzeczywiście, we wskazanym miejscu odkryto zardzewiały grot. Zapanował powszechny entuzjazm. Dzisiejsi sceptycy skłonni są traktować ów incydent z pobłażliwością, a nawet szyderstwem, utwierdzając się w nadętej pysze, patrząc z wyższością na prostą wiarę ludzi wieków średnich. A przecież późniejszy rozwój wypadków również wymyka się racjonalnej ocenie.

Krzyżowcy, będący już na skraju wyczerpania, nagle odzyskali wiarę w zwycięstwo. Nie bacząc na ogrom nieprzyjacielskiej armii, postanowili wydać jej walną bitwę. Przez trzy dni pościli (co było ogromnym wyrzeczeniem dla wyczerpanych głodem i zmęczeniem ludzi), przed samą walką wyspowiadali się i przyjęli Komunię Świętą.

Turcy obserwowali ze zdumieniem, jak otwierają się bramy Antiochii, jak wyłaniają się z nich zastępy chrześcijan, które zaraz rozwijają bojowe szyki. Być może muzułmanów ogarnęła wesołość, gdy patrzyli na te szeregi wynędzniałych obszarpańców, na spieszonych rycerzy, których wierzchowce dawno już wylądowały w kotłach. Jeżeli tak było – to rychło przestali się śmiać.

(Pielgrzymi)

Kawalerowie maltańscy natychmiast rzucili się w wir zmagań z północnoafrykańskimi korsarzami. Arabscy, berberyjscy i tureccy rozbójnicy, uznający zwierzchność Osmanów, dezorganizowali żeglugę w tej części Morza Śródziemnego i dokonywali regularnych najazdów na południowe wybrzeża Europy. Ów łupieżczy proceder, ideologicznie podbudowany doktryną dżihadu, stał się przekleństwem społeczności chrześcijańskich regionu śródziemnomorskiego (jako żywo przypominając sytuację na kresach południowo-wschodnich Rzeczypospolitej, rokrocznie pustoszonych przez czambuły tatarskie).

Szpitalnicy zabrali się do zwalczania morskich grasantów ze zwykłą sobie skutecznością, rychło ściągając na siebie nienawiść bisurmańskich kaprów. Walka była prowadzona przez obie strony bez krzty sentymentu. Jeńcy rzadko mogli liczyć na wykupienie, na ogół kończyli żywot przykuci do wiosła wrażej galery.

Podczas zmagań szybko wyszło na jaw, że po stronie muzułmanów dość licznie walczyli renegaci z krajów chrześcijańskich. Bywały okresy, gdy stanowili oni większość kapitanów wrogich okrętów kaperskich. W jednym ze spisów sporządzonych przez szpitalników, na 35 raisów (dowódców) kaperskich było zaledwie 13 rodowitych Turczynów i Arabów, nadto jeden Żyd, wreszcie aż 22 renegatów (Włochów, Greków, Albańczyków, Hiszpanów, Korsykanin, Francuz i Węgier). Tacy ludzie, w razie schwytania, nie mogli liczyć na pobłażliwość. Bezlitośnie wieszano ich na szubienicach ustawionych w miejscach publicznych Malty, jako wymowne ostrzeżenie dla naśladowców.

(Wygnańcy)

W roku 1398 wielkorządca litewski Witold zawarł pokój z Krzyżakami. Przyznał im (po raz kolejny!) Żmudź w zamian za pomoc w pokonaniu Tatarów. Ambitny Witold miał plany stworzenia ogromnego imperium litewsko-ruskiego. Pragnął wykorzystać konflikty wewnętrzne rozszarpujące Złotą Ordę, wygrywając jedne stronnictwa Tatarów przeciw drugim. Dlatego też udzielił schronienia obalonemu chanowi Tochtamyszowi, zamierzając ponownie osadzić go na tronie, aby za jego pośrednictwem władać cała Rusią.

Witold potrafił zaskarbić sobie poparcie zarówno papieża Bonifacego IX, który ogłosił bullę o krucjacie przeciw tatarskim mahometanom, jak i prawosławnego patriarchy Konstantynopola. Dlatego kiedy wyruszył na czele licznych zastępów litewsko-ruskich, posiłkowanych przez tatarskich uchodźców wiernych Tochtamyszowi, rychło dołączyły doń posiłki polskie pod wodzą wojewody krakowskiego Spytka z Melsztyna, wołoskie dowodzone przez hospodara Stefana I, wreszcie zastęp 500 Krzyżaków, który przyprowadził komtur Markward von Salzbach.

12 sierpnia 1399 roku nad Worsklą doszło do spotkania z armią Złotej Ordy chana Timura Kutługa i emira Edygeja. Przewaga wojsk muzułmańskich była ogromna, skoncentrowali około 90 000 ordyńców przeciw 38 000 wojownikom Witolda. Niestety, popędliwy władca Litwy nie słuchał rozsądnych głosów doradców (w tym Polaków) i przyjął bitwę w niekorzystnych warunkach. Zakończyła się ona straszliwym pogromem wojsk krucjatowych. Witold czmychnął z pola bitwy, podobnie jak jego tatarski aliant Tochtamysz. Głowę ocalił również komtur Markward von Salzbach. Natomiast ogromna część uczestników krucjaty, łącznie z dowódcą polskiego kontyngentu Spytkiem z Melsztyna, zasłała ciałami pobojowisko.

Witoldowe plany budowy litewsko-rusko-tatarskiego imperium legły w gruzach. Mimo to bitwa pod Worsklą mogła budzić pewne nadzieje na przyszłość. Oto ledwie co przygarnięci na łono Kościoła Litwini ramię w ramię z niedawnymi wrogami – Polakami i Krzyżakami – stawili czoła islamskiej nawale. Niestety, już niedługo po tym braterstwie broni miał nie pozostać żaden ślad.

(Zdobywcy)