Samo życie

O reelekcji prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego

Cóż, jestem głęboko przekonany, że gdyby to prezydent Izraela popisał się pijacką pląsawicą na terenie byłego KL Auschwitz, to nie byłoby dlań problemem samo utrzymanie się na stanowisku. Miałby kłopot z zachowaniem życia. Żydzi bowiem – cokolwiek by o nich nie mówić – mają szacunek dla swej historii i dla swoich grobów. Rok temu [w 2000 r.] ponad połowie Polaków owego szacunku zabrakło.

Źródło: Wojownicy Chrystusa

O koncesjonowanych „faszystach” i „antyfaszystach”

Żyjemy w kraju, w którym normalny człowiek bywa posądzany o „faszyzm”, bądź o „antysemityzm” – właściwie za wszystko. Za ujawnienie prawdziwego nazwiska funkcjonariusza UB. Za brak poczucia winy za „pogrom w Jedwabnem”. Za nazwanie Żyda – Żydem. Za nazwanie Cygana – Cyganem. Za poparcie dla kary śmierci. Za sprzeciw wobec aborcji.

Największa gazeta codzienna przylepia łatki „antysemitów” naszym bohaterom narodowym (np. powstańcom warszawskim), bojówki „antyfaszystowskich” pałkarzy napadają na legalne wiece partii prawicowych, zaś nauczyciele mają (zgodnie z wytycznymi MEN) indoktrynować młodzież o „wyższości” zagłady Żydów nad masakrami innych narodów.

I w takim kraju niejaki Marcin H. z Puław bezkarnie zachęca w rozsyłanych ulotkach do kupowania swego pisma „Zryw” – Rewolucyjnego Głosu Narodowych Socjalistów. A w rzeczonym „Zrywie” neohitlerowcy znad Wisły, nie kryjąc wcale twarzy, prezentują na zdjęciach dziarskie „hajhitla” (pardon, „rzymskie pozdrowienie”…). I lider wspomnianej „Konkwisty 88” przechwala się tysiącami sprzedanych kaset, prezentując też fragmenty „twórczości” („Waffen-SS – Białe Legiony! / Waffen-SS – Aryjska Krew!”). […]

Ale telewizja pokazała też wyraźnie 1-majowe pochody z ostatnich lat. Pochody SLD – partii wśród Polaków najpopularniejszej. I maszerują tam młodzi ludzie w podkoszulkach z podobizną Che Guevary – zbrodniarza, który współtworzył na Kubie krwawą despotię, który w więzieniu La Cabaña osobiście rozstrzeliwał „kontrrewolucjonistów”!I takie defilowanie z konterfektem bandziora wcale Polakom nie przeszkadza (widać to choćby po wynikach wyborów).

Źródło: Wojownicy Chrystusa

O inwigilacji dziennikarzy w III RP

Wyznam też, że po tym, jak dwa lata temu opublikowałem wreszcie w prasie (w katolickim miesięczniku „Wzrastanie”) artykuł o polskich neohitlerowcach, część korespondencji kierowanej na mój adres (w tym cała korespondencja z instytucjami „radykalnymi”) zaczęła przychodzić w stanie nieco nadwerężonym (uszkodzenia kopert, ślady otwierania przesyłek). Nie wiem – byłaby to oznaka pogorszenia się jakości usług Poczty Polskiej, czy może jednak ślad aktywności jakichś innych służb?

Źródło: Wojownicy Chrystusa

O bezkarności komunistycznych zbrodniarzy w III RP

IPN zapowiada również ściganie sprawców katyńskiego mordu. Teoretycznie to zbożna inicjatywa. W praktyce – marnowanie sił i czasu. Dlaczego? Z prostego powodu – winni tej zbrodni już nie żyją. Rozkazodawcy rozstali się z tym światem pół wieku temu. Z kolei enkawudyści z oddziałów egzekucyjnych musieliby mieć dzisiaj jakie 90-100 lat, albo i więcej.

Jeżeli prokuratorzy z IPN naprawdę chcą uzasadnić potrzebę finansowania ich etatów przez podatnika, mogą uczynić to sensowniej. W naszym Kraju wciąż żyje, korzystając z sutych emerytur, setki zbrodniarzy komunistycznych. Znamy ich nazwiska i adresy. Ujęcie ich i postawienie przed obliczem sprawiedliwości to sprawa o wiele łatwiejsza od pogoni za widmami zmarłych enkawudystów.

Tymczasem do tej pory ogromnej większości tych przyjemniaczków włos z głowy nie spadł. Wytoczono trochę procesów byłym ubekom, o takie sprawy, jak bicie, dręczenie, nawet lżenie słowne (!). Zapadło niewiele wyroków, w wymiarze raptem paru lat więzienia, niektóre jeszcze w zawieszeniu. W sprawach naprawdę istotnych śledztwa ślimaczą się niemiłosiernie.

Jeden, jakże wymowny przykład – postać sędziego Mieczysława Widaja. Ów sługa Temidy, sędzia jeszcze z okresu sanacji, po wojnie zaoferował swe usługi stalinowskiemu aparatowi terroru. Podpisał 106 (sto sześć!) wyroków śmierci w procesach politycznych. […]

W normalnym, zdrowo zorganizowanym kraju pan Widaj dawno już zadyndałby na szubienicy. W kraju trochę mniej normalnym, pozbawionym dobrodziejstwa kary głównej – gniłby przynajmniej w więzieniu, o chlebie i wodzie. W Polsce ex-sędzia Widaj dożywa spokojnie swych dni, radując się emeryturą w wysokości 9.300 zł miesięcznie. Wcale nie ukrywa się u Kiszczaka w piwnicy, jego miejsce zamieszkania nie jest utajnione. I wciąż jest bezkarny! Organy ścigania, mając takie indywiduum pod ręką, na widelcu – wolą bezpieczny pościg za nieboszczykami z NKWD. Pościg, z którego – nie oszukujmy się – nic nie wyniknie.

W świetle powyższego uprawnione wydaje się pytanie: czy naprawdę chcemy wyłapania i surowego ukarania czerwonych zakapiorów? Czy może chodzi tu jedynie o medialną, widowiskową pogoń za nieuchwytnym króliczkiem?

Źródło: Katyń i Dubrowka

O symbiozie środowisk PiS i PO podczas tzw. Strajku Kobiet w 2020 r.

W pierwszym tygodniu Ekscesów Lesbijki Lempart (okrzykniętych szumnie Strajkiem Kobiet oraz wojną) doszło do ponad stu napadów na kościoły. Odnotowano wdzieranie się na Msze i zakłócanie obrzędów religijnych (22 przypadki), niszczenia elewacji świątyń (79 zdarzeń), wywrzaskiwania wulgaryzmów i gróźb karalnych pod adresem katolików (niezliczona mnogość). Zdarzały się pobicia wiernych, rzucanie w nich kamieniami, racami i butelkami; w Poznaniu jeden z obrońców kościoła został pchnięty nożem.

Spędy sodomicko-skrobankowych aktywistów płci mnogiej odbywały się z naruszeniem przepisów epidemiologicznych – tak się złożyło, że w następnych dniach nastąpił olbrzymi wzrost zachorowań i zgonów spowodowanych wirusem COVID-19 (który to fakt Marta Lempart i jej koleżanki przyjęły bez zbędnych wzruszeń). Mimo tego wszystkiego, policja przyjęła postawę prawdziwie intrygującą, zapewniając bezpieczną eskortę nielegalnym (!), niekiedy wielotysięcznym demonstracjom. Działo się to w tym samym czasie, kiedy zarządzenia władz groziły „wbijaniem na chatę” organizatorom uroczystości z udziałem powyżej pięciu osób oraz zapowiedziały zamknięcie cmentarzy na Wszystkich Świętych (wszystko to ponoć z obawy przed rozprzestrzenieniem się wirusa).

Wirus wirusem, a zgony zgonami – jednakowoż naszemu rządowi najwyraźniej odpowiadał idący w świat obraz opozycji totalnej zachowującej się jak skrajna patologia. Z kolei totalniacy chętnie korzystali z ochrony mundurowych, ze strachu, że jacyś krewcy obywatele mogą na własną rękę spróbować przywrócić ład i porządek. Nie pierwszy raz między rządzącymi a opozycją zaistniała interesująca symbioza.

Źródło: Strzelba proboszcza czyli prawo do obrony

O obrońcach polskich granic, Janinie Ochojskiej i islamskich imigrantach

Nie jest naprawdę poważnym problemem, gdy polskich żołnierzy wyzywa od „morderców” ta czy inna ograniczona umysłowo celebrytka, zawodowo pełniąca rolę cysterny z silikonem, dysząca żądzą „ubogacenia kulturowego” ze strony śniadolicych przybyszów; której wydaje się, że opanowawszy umiejętność klikania w klawiaturę awansowała na intelektualistkę.

Naprawdę robi się przykro, gdy specyficznie nową jakość do dyskusji wprowadza pani Janina Ochojska, europarlamentarzystka z ramienia PO. Kobieta, która – nim „poszła w politykę” – zdołała uczynić sporo dobrego. Niedawno owa dama, na wieść o tym, że polscy policjanci zaatakowani kamieniami przez „imigrantów” odpędzili napastników strumieniem z armatki wodnej, zareagowała z oburzeniem:

– Użycie armatek wodnych na migrantów, którzy nie mają się gdzie osuszyć grozi śmiercią z powodu zamarznięcia.

Mówimy w tym miejscu nie o problemie imigrantów, ani o biednych uchodźcach marznących w namiotach bądź pod gołym niebem – tylko o agresywnej hordzie miotającej kamienie w polskich funkcjonariuszy. Fakt, że wprawnie ciśnięty kamień też może zabić człowieka wcale nie poruszył europosłanki Ochojskiej. Na jej współczucie nie zasłużył hospitalizowany policjant z rozbitą głową, ani jego pokiereszowana koleżanka. Nie, Janina O. zatroskała się o bezpieczeństwo bojówkarzy, ponieważ ci, dokonując bandyckiej napaści, mogliby się przy tym przeziębić.

Recepta wydaje się prosta. Niechże polska policja odstawi armatki wodne. Następnym razem, gdy w naszą stronę polecą kamienie, niechaj mundurowi wypchną przed oblicza „zdenerwowanych uchodźców” europosłankę Janinę Ochojską, aby ta uspokoiła biedaków dobrym słowem.

Źródło: Burza od wschodu

O podwójnych standardach, w czasach rozbiorów i dziś

Polscy patrioci poszukają wsparcia u dwóch najkrwawszych satrapii europejskich – rewolucyjnej Francji i osmańskiej Turcji. Nasi rycerze wolności będą sławić jakobińskich rzeźników, potem cesarza z Korsyki, wreszcie osmańskich sułtanów rzekomo czekających z utęsknieniem na posła z Lechistanu. Będą grzmieć wielkim głosem na tyranię zaborców, zarazem starannie odwracając wzrok od mordowanych wandejskich i hiszpańskich katolików, od skazanych na zagładę chrześcijan Bałkanów i Kaukazu.

Dziś nie jest inaczej. Niedawno przeczytałem na portalu PCh24 informację, że armia turecka bombarduje wioski chrześcijan w północnej Syrii; że Turczyni czyszczą sobie pogranicze z „niewiernych”; że tłumy uchodźców uciekają stamtąd w panice. I co? Gdzie rzesze Polaków oburzonych z tego powodu?

Czy Telewizja (zwana Polską) Jacka Kurskiego krzyczy przeciw „bandyckiej agresji”? Czy telewizja TVN (protegowana amerykańskiej ambasady) nazywa prezydenta Turcji „bandytą”?

Nie, okazuje się, że nie ma sprawy. Bo Turcja to przecież nasz sojusznik w NATO! Kiedy więc NATO morduje chrześcijan w Syrii – wtedy milczy telewizja, milczy nasz prezydent i premier, milczą posłowie. Wtedy odwraca wzrok cała nadwiślańska menażeria „zatroskanych o losy ofiar wojny”. Nie wysyła się broni napadniętym, nie ma zbiórek na pomoc humanitarną, nasi biskupi też nie wyrażą zaniepokojenia. Bo to nie jest medialne. Bo upominając się o tę krew naruszymy tabu – takie samo, jak tabu wołyńskie.

A przecież to przykład jeden z wielu. Dwa lata temu wspierany przez Turcję Azerbejdżan uderzył na Ormian w Górskim Karabachu. W półtora miesiąca osiem tysięcy ludzi poszło do piachu; miasta i wioski legły w gruzach, muzułmańscy żołnierze chwalili się filmikami o torturowaniu jeńców. Zaś polskie media… zachwycały się wtedy skutecznością tureckich dronów. Jakoś chyba przywykliśmy, że tych Ormian stale się wyrzyna.

Źródło: Elity czasu rozbiorów

O przyjaźni polsko-węgierskiej

Dzisiaj nad Wisłą niedawna przyjaźń poddawana jest urzędowej krytyce. Tubylczy lokaje obcych ambasad i obcych prezydentów wylewają kubły pomyj na naród „bratanków”. Ku radości wrogich nam stolic wali się w gruzy idea sojuszu Warszawy i Budapesztu. Nadwiślańscy pachołkowie narodów obcych uznali za skandaliczną deklarację premiera Viktora Orbána, iż węgierski rząd musi bronić przede wszystkim interesów Węgier. Zaiste, troska o własny kraj jest niepojęta dla „elit” o mentalności plenipotentów i sług…

My wszakże nie wyrzucajmy z serc pamięci o braterstwie. Także wspomnień o Podłużu i setkach podobnych miejsc, w których zaszczuty i bezbronny Polak mógł liczyć na pomoc i opiekę węgierskiego żołnierza. Miejmy przed oczami obraz udręczonych uciekinierów ze spalonych wołyńskich i małopolskich siół, którzy po niewysłowionej udręce znajdowali bezpieczną przystań, osłanianą przez madziarskie bagnety i gorące serca bijące pod honwedzkim mundurem. W tamtych strasznych latach zaciągnęliśmy u Braci Węgrów ogromny dług, do dzisiaj niespłacony.

Źródło: Nasz przyjaciel wróg

O fanatykach demokracji

Mam wrażenie, że stare hasło „za wolność naszą i waszą” nabrało jakichś nowych, karykaturalnych form. Kiedyś jego autorom chodziło o walkę ze wspólnym nieprzyjacielem. Dziś mamy masochistyczną manię wspierania choćby i wrogów Polski, w imię ideologicznego zacietrzewienia.

Ot, słyszę od lat o wysiłkach mojego kraju podejmowanych  na rzecz wspierania demokracji w Rosji, na Białorusi czy gdzieś tam jeszcze. Nie wiem, czy ustrój demokratyczny jest lekarstwem na wszystkie bolączki tej planety. Nie mam pewności, czy Rosjanie i Białorusini są aż tak wielkimi jego miłośnikami. Nachodzą mnie wątpliwości, czy posiadamy prawo do pouczania innych narodów jak mają rządzić się u siebie, szczególnie kiedy praktyka demokracji wygląda u nas tak, jak wygląda. Ale najgorsze jest to, że misjonarze demokratycznej religii zupełnie nie zawracają sobie głowy takimi „drobiazgami”, jak interes Polski.

Wcale nie mam powodów zachwycać się rządami Władimira Putina, jednak kiedy obserwuję demonstracje antyputinowskiej opozycji, to widzę sztandary z sierpem i młotem – komunistyczne i nacjonal-bolszewickie. Słyszę powoływanie się na Lenina i wezwania do nowej rewolucji. Widzę pederastów wymachujących tęczowymi flagami i feministki zakłócające nabożeństwo w cerkwi.

Czy to jest ta „opozycja demokratyczna”, której kibicuje mój kraj? Czy jeżeli ci ludzie dorwą się do władzy na Kremlu – czy to naprawdę będzie lepsze dla Polski?

W XIX wieku polscy niepodległościowcy wyobrażali sobie, że nie ma gorszego, bardziej opresyjnego ustroju niż rosyjski carat. Dlatego chętnie współpracowali z rewolucjonistami wszelkiej maści, aby zburzyć owo „więzienie ludów”. A przecież prawdziwe wrota piekieł rozwarły się nad Rosją (i nad ogromną częścią świata) dopiero po upadku caratu. Czy teraz historia się powtórzy?

Źródło: Upiory Romantyzmu

O mordach eugenicznych i prawie do śmiechu

Eugeniczne zabijanie nie zaczęło się od Hitlera i nie skończyło się na nim. Kiedy dziś „postępowi”, „humanitarni” psychopaci domagają się, by zabijać kalekie dzieci („A po co to to żyje, tak się męczy? Przecież już starożytni Spartanie…”), wtedy opowiadam im moją nieśmiertelną historię o liściu.

To była moja pierwsza praca, w szkole specjalnej; niezbyt zgodna z moimi kwalifikacjami, ale co tam, byłem młody, chciałem się sprawdzić. Od razu rzucili mnie na głęboką wodę, do „klasy życia”, do uczniów „upośledzonych umysłowo w stopniu znacznym”. Robota była nielekka.

Był tam Łukasz, chłopak, no… biedny. Wprawdzie biedni byli wszyscy uczniowie tej klasy, ale on już szczególnie. Jednak kiedyś (to była jesień, pod stopami szeleściły liście, prawdziwe dywany liści) to on dał mi prawdziwą lekcję życia. Nie zrobił nic nadzwyczajnego – ot, schylił się, podniósł z ziemi liść (taki duży, pamiętam, złocistożółty) – i zaczął się śmiać. Śmiał się radośnie, pełną piersią. Nie wiem, co on tam w tym liściu zobaczył. Ale śmiał się i w tym momencie był szczęśliwy. Patrzyliśmy na niego z zazdrością, bo nam, zdrowym i silnym, brak było tej radości i beztroski.

Innym razem koleżanka zaprosiła mnie do swojej pracy; a pracowała w ochronce. Ujrzałem tam dzieci, przy których wspomniany Łukasz wyglądał jak okaz zdrowia i geniuszu. Stanąłem jak wryty, gdy przyczołgał się do mnie mały chłopczyk (faktycznie miał podobno 30 lat), bez rączek i nóżek, tylko z jakimiś kikutami, przypominającymi płetwy. I objął mnie tymi płetwami za kolana, i przytulił się, i wyszczerzył zęby w uśmiechu, i zagulgotał radośnie.

– Jaś bardzo cieszy się, kiedy przychodzą goście – wyjaśniła mi wychowawczyni.

Tymczasem co rusz słyszę, jak kolejna „wyzwolona” (z sumienia) mamusia tłumaczy, że kazała własne dziecko rozszarpać kleszczami, albo spalić chlorkiem potasu, lub „wyssać” czymś w rodzaju odkurzacza – oczywiście „dla jego dobra”, jakżeby inaczej, „żeby nie było nieszczęśliwe”… No bo przecież to jej chore, kalekie, zdeformowane dziecko (wcale niepodobne do zdrowych, dobrze odżywionych, roześmianych bobasów ze stron prasy kobiecej) – jeszcze by kiedyś doczołgało się do jej stóp, objęłoby ją za kolana, i niezrozumiałym, wysoce nieestetycznym gulgotaniem poprosiło o miłość.

A wystarczyłoby chwilę pomyśleć, żeby dokonać wielkiego odkrycia – że ta mała, „szkaradna pokraka” jest pewnie milsza Bogu, niż większość z nas. I że na jej ścieżkach życia dobry Bóg na pewno zostawi wiele wesołych, złotych liści.

Źródło: Zbrodnia w Kobierzynie