Kresowiana

O sojuszu z Petlurą i tzw. „zdradzie ryskiej”

Czy Polska rzeczywiście zdradziła swego sojusznika? Rezygnację z wojskowego wspierania petlurowców wymusiła postawa samych Ukraińców, którzy w ogromnej większości nie okazali zainteresowania budową własnej państwowości, a tym bardziej poświęcaniem za nią żywota. Trudno mieć pretensje do Polaków, że nie chcieli dłużej przelewać krwi za niepodległą Ukrainę, skoro nie mieli na to ochoty sami Ukraińcy.

Źródło: Kłamstwo „zdrady ryskiej”

O „buncie” Żeligowskiego i litewskiej obłudzie

Kowno gromko potępiało działania polskie, zarzucając im łamanie prawa międzynarodowego oraz tworzenie faktów dokonanych w oparciu o siłę militarną. Tyle, że Litwini także hołdowali tej strategii, jeśli tylko leżało to w ich interesie. Dowiedli tego latem 1920 roku, atakując ziemie polskie u boku bolszewików, co niemal nie zostało zauważone na Zachodzie. Natomiast ostrą krytykę w stolicach zachodnioeuropejskich wywołały działania Litwy wobec Okręgu Kłajpedy.

Obszar ten został odłączony od Rzeszy Niemieckiej po Wielkiej Wojnie na mocy postanowień traktatu wersalskiego. Podczas przeprowadzonego na miejscu referendum ¾ mieszkańców opowiedziało się za koncepcją Wolnego Państwa Kłajpedy. Rząd Litwy miał chrapkę na te tereny i zdecydował się na dokonanie zbrojnej aneksji. Podobnie jak w przypadku „buntu” Żeligowskiego, przybrała ona postać tajnej operacji wojskowej, przeprowadzonej rzekomo bez wiedzy Kowna. W styczniu 1923 roku z górą tysiąc litewskich żołnierzy, policjantów i szaulisów, ucharakteryzowanych na „miejscowych powstańców”, przekroczyło granicę i siłą opanowało obszar Okręgu, który następnie przyłączono do Litwy.

Ten militarny sukces Kowna miał jednak nieoczekiwany dlań skutek. Ententa, chcąc nie chcąc, zatwierdziła aneksję, jednakże niejako dla równowagi uznała prawa Polski do Wileńszczyzny. Dyplomaci doszli do wniosku, że przy ocenie tych czynów trudno stosować podwójną miarę. Co bystrzejsi obserwatorzy zauważyli przy tym, że – w odróżnieniu od „buntowników” Żeligowskiego wkraczających do Wilna – uczestników tak zwanej „rewolty kłajpedzkiej” wcale nie witały rozentuzjazmowane tłumy.

Źródło: Powrót do Macierzy

O ludobójstwach lepszych i gorszych

Pod koniec lutego 2022 roku, bodaj w czwartej dobie obecnego konfliktu zbrojnego na Ukrainie, wysoki rangą urzędnik ONZ zakomunikował, że liczba cywilów zabitych podczas działań wojennych sięgnęła 102 (słownie: stu dwóch) udokumentowanych przypadków. W tym samym dniu część polskich mediów jęła grzmieć wielkim głosem o „ludobójstwie ludności ukraińskiej”.

Pragnę zapewnić o moim szacunku dla tych i innych ofiar, tej wojny i innych wojen. Wszystkie rzeczywiste zbrodnie powinny zostać rozliczone, niezależnie od narodowości ofiar i sprawców. Tym niemniej trudno w tym miejscu nie wspomnieć haniebnej postawy polskich polityków, historyków i dziennikarzy, którzy przez wiele lat, w imię źle pojętego dobrosąsiedztwa, negowali fakt ludobójstwa Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Dla nich wyrżnięcie stu kilkudziesięciu tysięcy ludzi (licząc same tylko ofiary UPA) nie było ludobójstwem.

Ileż gładkich eufemizmów wymyślono na tę okoliczność: „wołyńska tragedia”, „tragiczne wydarzenia”, „smutne wypadki”… Utytułowani dziejopisowie narzucali „obiektywne” i „wyważone” określenia: „antypolska akcja”, „walki partyzanckie z Polakami” (tak właśnie – dla niektórych nabijanie dzieci na widły, przerzynanie ludzi piłami, obdzieranie ich ze skóry bądź rozpruwanie brzuchów brzemiennym niewiastom, wszystko to było „walką partyzancką”!).

Źródło: Biskup Grzegorz Chomyszyn – Sprawiedliwy między łotrami

O sojuszu polskich elit z neobanderowcami

Politycy z Warszawy udawali ślepców, kiedy za wschodnią granicą stawiano pomniki mordercom i zadeptywano mogiły pomordowanych; gdy ogłaszano dekrety o potrzebie wychowania ukraińskiej młodzieży w kulcie zbrodniarzy. Dla naszych reprezentantów nie stanowił problemu fakt, iż Lwowska i Wołyńska Rady Obwodowe (odpowiednik naszych sejmików wojewódzkich) ogłosiły rok 2022 – Rokiem UPA.

Takie mamy rodzime „elity”. Napuszeni dygnitarze z gębami pełnymi patriotycznych frazesów – mieliście za nic interesy polskiej ludności na Wschodzie. Pozwoliliście bezkarnie hodować upiory banderyzmu. Bo podobno to nie był dobry czas, żeby upomnieć się o Wołyń; ten czas nigdy nie był dla was dobry. Nie obchodziły was ustawy ograniczające na Ukrainie prawa mniejszości narodowych, w tym polskiej. To również dzięki wam Władimir Putin zyskał dogodny pretekst do inwazji.

Mówiliście, nadęte błazny, że pada deszcz, kiedy pluto wam w twarz. Jak pisał poeta – „w pysk dadzą sobie napluć za tyle a tyle; gębę potem obetrą, a forsę przeliczą”. Udawaliście, że nie wiecie o dzisiejszych lękach kresowych Polaków; o ich strachu, że pomniki UPA i SS-Galizien, i te tłumy fanatyków maszerujących z pochodniami i skandujących swe uwielbienie dla Bandery i Szuchewycza – że to nie tylko wspomnienie wypadków sprzed kilkudziesięciu lat; że to groźna teraźniejszość, która kiedyś może znów wydać straszliwe owoce.

Źródło: Biskup Grzegorz Chomyszyn – Sprawiedliwy między łotrami

O rozbrojeniu polskiej armii przez rodzimych polityków

Jeśli ktoś łudził się, że nie może być już gorzej, ten musiał zrewidować ów „optymistyczny” pogląd, gdy zagrzmiały działa na Ukrainie. Dopiero wtedy polskojęzyczni prominenci ujawnili w pełni swą inwencję w niszczeniu powierzonego im państwa. „Mężom przystoi w milczeniu się zbroić” – pisał niegdyś poeta, ale nadwiślańskie „elity” nie uważały także na lekcjach polskiego. Zrozumiałe w takiej sytuacji wyrazy zaniepokojenia rychło przeszły w ton histeryczny („Polska będzie następna!”), co z kolei zaowocowało… samorozbrojeniem armii. Urzędujący w Warszawie „słudzy narodu ukraińskiego” uznali bowiem, że nasz oręż potrzebniejszy jest komuś innemu. Widać zakładają, że jeśliby wojna rzeczywiście wciągnęła w swój wir naszą Ojczyznę, wtenczas nieprzyjaciel uprzejmie zaczeka tych parę lat, aż dojedzie do nas sprzęt zakupiony w USA i Korei, a my przeszkolimy wojsko w jego użyciu…

Oprócz czołgów, rakiet i masy innego sprzętu wyzbyto się też elementarnej przyzwoitości. Włodarze kraju nad Wisłą otwarcie nazwali się sługami obcej nacji, podczas wizyt w Kijowie pozowali do zdjęć na tle flag OUN-UPA, na publicznych imprezach inicjowali banderowski ryk: „Sława Ukrajini, herojam sława!” (nie bacząc, że ongiś na Wołyniu w rytm owego zawołania wyrzynano polskie kobiety i dzieci). Równocześnie, na rodzimym podwórku, po staremu mamili patriotyczny elektorat gębami pełnymi „Boga, Honoru i Ojczyzny”. Wszechmocny Bóg, z powodów dla mnie niepojętych, nie strzelił w nich piorunem.

Źródło: Rozbrojeni obrońcy Rzplitej

O Odessie i Przewodowie

Pamiętam, jak podczas pewnej dyskusji wzburzyłem publikę wspominając dramat, który wyjątkowo wpłynął na brutalizację konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Mam na myśli masakrę w Odessie 2 maja 2014 roku, kiedy to tłum neobanderowców z Prawego Sektora spalił żywcem bądź zakatował prawie pół setki rosyjskojęzycznych obywateli.

Kto chce, może sobie odkopać w czeluściach Internetu uwiecznione na filmach obrazy ludzi skaczących z wysokich pięter płonącej Siedziby Związków Zawodowych, a potem dobijanych na bruku bejsbolami; także radosne komentarze i memy o „pieczonym ruskim robactwie”. A może warto raz jeszcze wsłuchać się w najlepszy, moim zdaniem, komentarz podsumowujący tę zbrodnię – słowa prostego odesskiego strażaka, co odkrywał kolejne zwęglone trupy, i przy którymś z kolei zawołał ze zgrozą:

– Boże, zmiłuj się nad Ukrainą!

Otóż pozwoliłem sobie na uwagę, że gdyby czerwono-czarne hordy post-upowców wymordowały nie jakichś Ruskich w Odessie, tylko kilka tuzinów Polaków we Lwowie, to wtedy władze Rzeczypospolitej (obojętne z jakiej opcji) z pewnością zawołałyby wielkim głosem: „Polacy, nic się nie stało!”, po czym… fundnęłyby antypolskim bojówkarzom nowe bejsbole, i garść medali na dokładkę.

Mam prawo tak uważać. Bo jaka była reakcja „Warszawki”, kiedy ukraińskie rakiety uderzyły w Przewodów i zabiły dwóch naszych obywateli? Gdy prezydent Ukrainy łgał w żywe oczy, że to był atak rosyjski, otwarcie próbując wciągnąć nas w wojnę?

Zniewolona przez renegatów Rzeczpospolita podziękowała łgarzowi nowymi dostawami broni, a potem jeszcze Orderem Orła Białego (pan Wołodymyr Zełeński ostentacyjnie przyjął Order w dresiku zdobnym w emblematy OUN, co nie zraziło sfory goszczących go usłużnych kundli. Niedługo potem kawaler najwyższego polskiego odznaczenia pojechał do Kanady, uhonorować ukraińskiego esesmana podejrzanego o udział w zbrodniach wojennych na Polakach).

Źródło: Ślepy Szczurołap. Bezdroża polskiej polityki wschodniej

O radosnych uśmiechach polskich polityków

Wszyscy mogliśmy oglądać na ekranach telewizorów, jak w Warszawie fetowano prezydenta Ukrainy. Na tę okazję Wołodymyr Zełenski nie założył bluzy ze zwykłym ukraińskim tryzubem, w jakiej spotykał się choćby z amerykańskimi politykami. Nie, wystąpił we wdzianku, na którym tryzuby były specjalnie wystylizowane, ze środkowym ostrzem przybierającym postać miecza. Jest to plagiat godła Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, a następnie (od 1940 roku) jej frakcji melnykowskiej (OUN-M) – tej, co do końca dochowała wierności Hitlerowi.

Tak wystrojony Jego Ekscelencja stanął w centrum Warszawy – miasta ongiś spalonego przez Grupę Korpuśną Ericha von dem Bacha, który miał w swych szeregach także oddziały melnykowców! I co? Nikt nie podszedł do prowokatora, by zerwać mu kryptonaziolskie naszywki. Dostojnego gościa powitały radosne facjaty nadwiślańskich klaunów.

Podczas wystąpienia na Zamku Królewskim Zełenski zwrócił się do zgromadzonych, inicjując banderowskie hasło „Sława Ukrajini – herojam sława!”. Znowu odpowiedzią była klaka. Czekałem zaciekawiony, czy imć Wołodymyr nie ryknie teraz gromko: „Sieg heil!”, coby uczcić patriotyczne zaangażowanie ukraińskich wachmanów z Treblinki i Sobiboru. Jakoś się powstrzymał, może przez wzgląd na żydowskich przodków. Jednak nie wątpię, że gdyby tak uczynił, przyjazne uśmiechy na twarzach polskich polityków stałyby się jeszcze szersze, zaś szczebiot dziennikarzy jeszcze radośniejszy.

Źródło: Wołyń wyklęty. 7 kłamstw o ludobójstwie OUN-UPA

O ofiarach wojen i regule Kalego

…przez pierwsze półtora roku „Specjalnej Operacji Wojskowej”, toczącej się przecie z dużą intensywnością, od pocisków rosyjskich i ukraińskich zginęło pięćset dzieci. To straszna liczba, ale dla porównania odwet Izraela w Gazie już w pierwszy tydzień (!) zebrał wśród dzieciarni siedem setek ofiar, zaś przez kolejne cztery miesiące – jakieś osiem tysięcy.

I gdzież ci zachodni mężowie stanu – głęboko wstrząśnięci, uroczyście wykluczający państwo żydowskie z grona cywilizowanej wspólnoty? Polska telewizja jakoś nie grzmi o „bandyckiej armii Izraela”, ani nie ubliża przywódcom tego państwa od „zbrodniarzy”

Mniejsza o polityków i mediotów, ich hipokryzja dla nikogo nie jest tajemnicą. Ale nie słychać także naszych biskupów, jeszcze niedawno tak skwapliwie prezentujących swe oburzenie w sprawie Ukrainy. Niektórzy, zamiast upomnieć się o ofiary w Ziemi Świętej, woleli bronić… palenia świec chanukowych w Sejmie i reklamować Dni Judaizmu, co wobec rzezi trwającej w Lewancie nabrało szczególnego znaczenia.

Kiedy wreszcie pojmą, że śmierć ukraińskiego dziecka to dramat taki sam, jak śmierć dziecka rosyjskiego, palestyńskiego czy nigeryjskiego? Kiedy przestaną dzielić krew na cenniejszą i mniej cenną?

Źródło: Prorocy i judasze

O świętym Jozafacie Kuncewiczu i dzisiejszych prześladowaniach na Ukrainie

Chyba najboleśniejszą kwestią dla naszego świętego byłaby dzisiejsza kondycja jego ukochanego Kościoła unickiego, we współczesnej Polsce zawłaszczonego przez Ukraińską Cerkiew Greckokatolicką. Już nawet nie wspominając o rezuńskich nożach święconych w bluźnierczych obrzędach podczas Wielkiej Rzezi Wołyńsko-Małopolskiej, nie sposób wyobrazić sobie Jozafata stojącego obok arcybiskupa Światosława Szewczuka, gdy ten majaczył o „niewinnych chłopcach” z UPA, którzy „uczą nas kochać i szanować się nawzajem”…

Święty Jozafat walczył z prawosławiem, zarazem miłując jego wyznawców. Przecie prawosławnymi byli jego rodzice, przecież to w cerkwi doświadczył obecności Boga.

Czy poparłby dzisiejsze działania żydowskiego prezydenta Ukrainy, zajmującego siłą prawosławne świątynie z oskarżenia o „szpiegostwo, dywersję, przechowywanie wrogiej literatury i dolarów” (zarzuty jakby wyjęte wprost z dawnych podręczników stalinowskich śledczych)? Czy zachwyciłyby go pomysły kijowskich włodarzy utworzenia schizmatyckiego „kościoła narodowego” (co także musi wywoływać określone skojarzenia u osób pamiętających komunę)?

Po czyjej stronie stanąłby nasz święty, widząc ową prawosławną niewiastę, wyszydzaną w Kijowie przez tłum mentalnych rezunów, kiedy – samotna wśród zacietrzewionej hałastry – modliła się na klęczkach przed Ławrą Peczerską, właśnie szturmowaną przez bezpiekę Zełeńskiego? Wierzę, że wielki męczennik Unii upadłby na kolana przy tej kobiecie, i trwałby razem z nią w modlitwie – oboje otoczeni przez wrogi motłoch, pośród ciszy piłatowego milczenia chrześcijańskich wspólnot i mediów całego świata.

Pan Bóg pisze prosto po liniach krzywych.

Źródło: Męczeństwo świętego Jozafata Kuncewicza

O Wołyniu jako papierku lakmusowym

Tuż przed 11 lipca – rocznicą Krwawej Niedzieli – rozwieszałem wraz z przyjaciółmi plakaty upamiętniające ludobójstwo wołyńskie. Do pracy zaprzągłem potomstwo – niechaj ma lekcję historii. Bo przecież ten Wołyń, dla „elit” wyklęty jak niegdyś Katyń, jest dzisiaj papierkiem lakmusowym szczerego patriotyzmu, który nie potrzebuje przyzwolenia rządzących na złożenie hołdu ofiarom.

Nasze plakaty zdobiła dziecinna buzia Czesi Chrzanowskiej – dwuletniej dziewczynki patrzącej z przejęciem, szeroko otwartymi oczami w obiektyw aparatu. Oto świadek historii, co na zawsze pozostanie niemy – bo maleńką Czesię zarżnęli w łóżeczku ukraińscy rezuni.

Te oczy wciąż wpatrują się we mnie z wyrzutem, a ja czuję bezradność. Bo już na drugi dzień w wielu miejscach z naszych plakatów zostały tylko strzępy. Nie wiem, czy zdzierała ręka pisowska, peowska czy lewacka (toż oni wszyscy „solidarni z Ukrainą”!); czy może jaki „nieszczęsny uchodźca” na garnuszku polskich podatników?

W jednym przypadku plakat wiszący pod kościołem zerwał człowiek idący na poranną Mszę świętą. Nie mam pojęcia, kim był – wielbicielem Kaczyńskiego czy Tuska? Czy karmił swój mózg wydzielinami TVP, czy może TVN? Jaka to różnica?

Co mam powiedzieć tym oczom zamordowanego dziecka? Tym duchom, co wołają z bezimiennych mogił?

Źródło: Elity czasu rozbiorów