Potyczki historyczne

O propagandzie wojennej

Wedle znanej sentencji Hirama Johnsona pierwszą ofiarą wojny jest zawsze prawda. Dawna pogarda dla kłamstwa, takoż rycerskość i szacunek dla dzielnego wroga dawno odeszły do lamusa. Dziś regułą jest, że nieprzyjaciela należy odczłowieczyć i ośmieszyć, unurzać w błocie, wykazać jego nicość moralną, a poniesione przezeń straty zawyżyć przynajmniej o kilkaset procent. Potęgę wojennej propagandy doskonale oddaje dykteryjka o spotkaniu dusz Hitlera i Bonapartego, jakie miało się odbyć gdzieś, w czeluściach piekieł.

– Gdybym to ja miał pod rozkazami Polaków, na pewno poradziłbym sobie pod Stalingradem, w Afryce i wszędzie indziej! – jazgotliwie zagaił ze swego kotła Adolf.

– Ech, kapralu – zajęczała żałośnie ektoplazma cesarza Francuzów. – Gdybym ja miał twojego ministra propagandy, wtedy nikt by się nie dowiedział, że przegrałem pod Waterloo!

Źródło: Pierwsza ofiara wojny

O pacyfizmie

Pacyfizm pojmowany jako sprzeciw wobec wszelkiej, nawet uzasadnionej przemocy to aberracja. Jest sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem, obcy naturze człowieka. To recepta na zbiorowe samobójstwo. Gdyby nasi przodkowie, w zamierzchłej przeszłości, odrzucili swe maczugi i dzidy, które były nieodzownym narzędziem walki o byt – historia ludzkości zakończyłaby się bardzo szybko. Pacyfizm może być atrakcyjny tylko dla pięknoduchów, co mylą własne pragnienia z rzeczywistością; dla „użytecznych idiotów” sterowanych przez ukrytych w cieniu władców marionetek. Nie będą nigdy pacyfistami ludzie czynu, pragnący zmieniać świat.
Owszem, „obrońcy pokoju” nie raz wykazali się skutecznością, wpływając na historię – tyle tylko, że ich sukces polegał na torowaniu drogi najeźdźcom i ludobójcom. Antywojenne protesty w USA w latach 60. i 70. ułatwiły zwycięstwo komunistów w Indochinach, z potwornymi konsekwencjami. Wcześniej „obrońcy pokoju” kokietowali Hitlera, nie chcieli umierać za Gdańsk… Taki Mahatma Gandhi, dziś bożyszcze pacyfistów i postępowców, wysyłał memoriały do Brytyjczyków, radził im, by złożyli broń przed Hitlerem i Mussolinim. Na szczęście nikt go nie słuchał.

To nic nowego w historii. W 1521 r., gdy Turcy szli na Belgrad, Marcin Luter ostro sprzeciwiał się idei wyprawy krzyżowej organizowanej przez papiestwo, głosił, że „walczyć przeciw Turkom to opierać się Bogu, który karze tą rózgą nasze grzechy”. Pacyfiści mają ręce umazane krwią.

Źródło: A. Witczak, Rozmowa z Andrzejem Solakiem, „Młodzież Imperium”

O Hiszpanii za Napoleona i polskim rachunku sumienia

Racja stanu nakazywała Polakom stać przy Napoleonie, który chętnie, gdy wymagały tego jego interesy, pozował na wskrzesiciela i gwaranta naszej suwerenności. Jednakże polska obecność na Półwyspie Iberyjskim pozostawiła po sobie nie tylko dumę ze wspaniałych zwycięstw.

Czy wieszanie hiszpańskich księży i chłopów naprawdę przysłużyło się sprawie niepodległości Polski? Czy gwałty na zakonnicach dają się w jakikolwiek sposób usprawiedliwić? […]

Okres zaborów nie sprzyjał rozliczeniom. Tym niemniej Stefan Żeromski dał w „Popiołach” wspaniały literacki opis szturmu Saragossy, nie omijając rzeczy drastycznych. Pisarz był wierny swej dewizie rozdrapywania ran, by nie zabliźniły się błoną podłości. O sprawach niewygodnych pisali uczciwi historycy, jak Marian Kukiel, dramatycznej prawdy nie ukrywało też wielu pamiętnikarzy.

Potem dla wielbicieli historii prawdziwej nastały trudne czasy. W międzywojniu Józef Piłsudski wyrażał się o Napoleonie jako o swym „umiłowanym wodzu”, a ogłoszony w 1927 roku oficjalnym hymnem państwowym Mazurek Dąbrowskiego pouczał przecież, iż „dał nam przykład Bonaparte”… W okresie PRL w dobrym tonie, mile widzianym przez czerwonych cenzorów i wydawców, było pomstowanie na „hiszpański ciemny motłoch, podburzony przez fanatyczny kler i opłacony angielskim złotem”. Teza o niewyrobionych politycznie chłopach – zbuntowanych przeciw postępowej władzy, omotanych przez księży i sterowanych przez angielską agenturę – budziła oczywiste skojarzenia z komunistyczną wizją polskich „band reakcyjnego podziemia” (Żołnierzy Wyklętych). W takim przekazie nie mogło być wiele miejsca na wyrzuty sumienia, na szacunek dla dzielnego przeciwnika, na dostrzeżenie jego racji.

Źródło: Łzy Saragossy

O Jakubie Szeli i naturze rewolucji

Historycy lewicowi określają rabację mianem rewolucji i w tym wypadku można się z nimi zgodzić. Sceny grabieży galicyjskich dworów bywały bliźniaczo podobne do działań rewolucyjnego motłochu we Francji, Rosji czy na Ukrainie. Wypadki te różniły się jedynie skalą, bo w roku 1846 zaborca natychmiast skanalizował, a potem wygasił ekscesy.

To także prawidłowość każdej rewolucji – kiedy krwiożercze watahy wypełnią swe zadanie, wówczas przychodzi Wielki Pacyfikator. Może być nim francuski konstabl, austriacki urzędnik, bolszewicki czekista czy kto tam jeszcze, ktoś kto bez ogródek pokaże motłochowi jego miejsce w szeregu.

To nie przypadek, że rewolucjonistami określali się uczestnicy ubiegłorocznych [2020] zamieszek w USA oraz lesbijsko-skrobankowe heroiny pałętające się po ulicach polskich miast. Współczesna amerykańska rewolucja przybrała postać „walki z rasizmem i policyjnym bezprawiem”, wyrażającej się przede wszystkim rabowaniem sklepów. Zapijaczona czerń świętująca ongiś w oparach wódki na zgliszczach polskich dworów nie stała moralnie niżej niż dzisiejsze utytułowane aktywistki, wywrzaskujące kloaczne hasła pod kościołami.

Bo prawdziwa rewolucja to nie tylko Jakub Szela, ani kontrolujący go cesarscy urzędnicy, ani nawet „postępowa” ideologia. To problem tkwiący w samym człowieku. To jego skłonność do zła, jego żądza zadawania bólu, deptania świętości, pofolgowania mrocznym instynktom – w tej krótkiej chwili, nim Wielki Pacyfikator ponownie skróci łańcuch.

Źródło: Upiory rabacji

O ochotnikach rosyjskich w Powstaniu Styczniowym

Według niepełnych danych, podczas represji w zaborze rosyjskim w latach 1862-1866 rozstrzelano lub powieszono 669 uczestników wystąpień niepodległościowych. Znalazło się wśród nich aż 89 ochotników rosyjskich, rusińskich i innych, byłych wojskowych armii carskiej (ponad 13,30 proc. ogółu straconych!). Pierwsi zginęli współpracujący z Polakami konspiratorzy Łotysz Iwan Arhold i Rusin Piotr Śliwicki, rozstrzelani w Modlinie w czerwcu 1862 roku (na pół roku przed rozpoczęciem Powstania Styczniowego). Wśród straconych znalazł się również wspomniany wyżej sztabskapitan Matwiej Bezkiszkin, powieszony 17 maja 1864 roku w Radomiu (jego postacią zachwycił się m.in. Stefan Żeromski), również Jakób Lowkin służący pod Hauke-Bosakiem, rozstrzelany w Kielcach, i wielu innych. Zamyka tę tragiczną listę Mitrofan Podhaluzin, Kozak Doński.

Dla „przyjaciół Moskali” walka u boku Polaków była olbrzymim dramatem – wszak nawet ci z nich, którzy byli zdeklarowanymi przeciwnikami caratu, równocześnie uważali się za rosyjskich patriotów. Tymczasem Powstanie Styczniowe przybrało postać wojny między dwoma narodami. W tej sytuacji akces do powstańczych „partii” sytuował ochotników rosyjskich na pozycjach zdrajców własnej ojczyzny i ściągał na nich potępienie ogromnej większości ich rodaków. Również wśród Polaków spotykali się oni z podejrzliwością, a niekiedy odrzuceniem. Wyjątkowo tragicznie potoczyły się losy kapitana Nikiforowa, który wpierw zasłynął męstwem w bitwie pod Sosnowcem, a następnie, na skutek intryg niesłusznie oskarżony o szpiegostwo, został rozstrzelany przez powstańców. Również Aleksander Hercen bywał obrzucany obelgami przez niektórych naszych emigracyjnych radykałów (gorącogłowi krzykacze nie zdawali sobie sprawy, że są marionetkami w ręku policji rosyjskiej, prowadzącej przeciw Hercenowi szeroką operację dezinformacyjną).

Źródło: Rotmistrz „Huragan”

O Mitteleuropie

Twórczym pomysłem Niemców było przeniesienie idei „cywilizacyjnej misji” z krain, w których tuziemcy uprawiali rytualny kanibalizm, wyrywanie serc na ołtarzach pogańskich bóstw czy składanie noworodków w ofierze „świętym” krokodylom – w realia Europy Środkowej, pośród chrześcijańskie narody szczycące się dorobkiem kulturowym i wielowiekową tradycją państwową, teraz tłamszone pod pruskim butem. Dla potrzeb propagandy Niemcy przedstawiali podbijane obszary, szczególnie zamieszkane przez Słowian, jako cywilizacyjną pustynię.

Trzeba przyznać, że pastor Naumann i jego naśladowcy różnili się od tępego Prusactwa, narzucającego swe porządki prostacką przemocą. Woleli działania bardziej misterne, za wzór biorąc sobie imperium brytyjskie. Jakim cudem, dociekali, garstka Anglików dała radę rządzić choćby wielomilionowymi Indiami, czy gigantycznymi obszarami Afryki?

Brytyjczycy działali przemyślnie, a przy tym na swój sposób uczciwie. Z grubsza chodziło im o to, by skorumpować tubylcze elity i poddać je ścisłej kontroli, a masom podnieść dotychczasowy poziom życia, w zamian za lojalność. Jasne, że dobrotliwość białego bwana kubwa czy sahiba miała swoje granice. Do sprawnego rządzenia, jak wiemy, potrzebna jest smakowita marchewka, ale i gruby kij. Dobrze było rozdawać tubylcom perkal i paciorki, potem budować im szkoły i szpitale, ale w rezerwie trzymać kartaczownicę Gatlinga, a jeszcze lepiej karabin maszynowy Maxima.

Jakież złe rzeczy nas czekają,

Gdy mamy Maxima, a oni nie mają?

– optymistycznie patrzył w przyszłość poeta.

Na co dzień bagnety i pałki „czerwonych kurtek” nie były konieczne. W razie potrzeby tubylcza policja biła równie mocno. Wystarczało pamiętać o utrzymywaniu miejscowych elit w stanie pełnej zależności.

Źródło: Synowie Mitteleuropy

O masonach i pazerności „oświeconych” włodarzy Republiki Francuskiej

Trudno o dobitniejszy przykład pazerności, bezduszności i nędzy moralnej laicyzatorów niż głośna sprawa podatku od… trupów zakonnic.

Już w roku 1884 klasztory obłożono „podatkiem od dziedziczenia” po zmarłych mnichach i mniszkach (wysokość haraczu z założenia przekraczała faktyczną wartość majątku denata). Tak się złożyło, że rząd francuski poszukiwał wówczas chętnych do walki z epidemią żółtej febry w Afryce. Niestety, do tak niebezpiecznej pracy nie kwapił się świecki personel medyczny. Władze zwróciły się więc do zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia z prośbą o wysłanie zespołu wolontariuszek. Mniszki rzetelnie wykonały powierzone zadanie, a o ich zaangażowaniu świadczył fakt, że dwanaście sióstr zaraziło się i zmarło na afrykańskiej ziemi. Wtedy władze bez żenady zdarły ze wspólnoty Sióstr Miłosierdzia wspomniany „podatek od dziedziczenia” w wysokości 20 tysięcy franków.

Laiccy republikanie nie tylko sankcjonowali urzędową grabież, ale przy okazji bezczelnie nabijali sobie kabzy państwowym i prywatnym grosiwem, ufni w protekcję osobistości na wysokich ministerialnych i lożowych stołkach. Dobrym przykładem był wolnomularz Gustaw Eiffel, projektant osławionej Wieży, wzniesionej w ramach przygotowań do obchodów setnej rocznicy Rewolucji Antyfrancuskiej (w tamtych czasach propagandowa tresura nie zdołała jeszcze zabić poczucia piękna w paryżanach, dlatego hucznie oklaskiwali oni Prudhomme’a, Dumasa syna, Bonnata, Garniera, Maupassanta, Gounoda, Verlaine’a i innych gigantów literatury i sztuki, utyskujących na ową „ohydę”, która „szpeci i hańbi miasto Paryż”).

Poza wzniesieniem architektonicznego stalowego monstrum, emanującego niepokojącą siłą, „brat” Eiffel zdobył wątpliwy rozgłos jako aktywny uczestnik głośnej „afery panamskiej”. Osiemset tysięcy francuskich ciułaczy straciło wtedy majątek, zainwestowany w akcje Towarzystwa Budowy Kanału Panamskiego. Podczas prac budowlanych przy Kanale zmarło aż 22.000 pracowników, a olbrzymie fundusze wyparowały bez śladu. Śledztwo, zanim ukręcono mu łeb, wykazało gigantyczną skalę korupcji republikańskich polityków, ze znaczącym udziałem „braci fartuszkowych”. Liczni ministrowie, parlamentarzyści, dziennikarze, nawet członkowie rodziny ówczesnego prezydenta Republiki (a także masona) Juliusa Grevy’ego znajdowali się na żołdzie gangu aferzystów.

Ostatecznie sprawę zatuszowano, kpiąc w żywe oczy z oburzonej publiki. Główny architekt Kanału Panamskiego, inżynier Ferdinand de Lesseps, w pierwszej instancji skazany na 5 lat więzienia, został następnie oczyszczony z wszelkich zarzutów. Eiffla, początkowo zasądzonego na 2 lata odsiadki tudzież grzywnę 20.000 franków, również wybielono. Prominentnych wolnomularzy Herza i Reinacha loże broniły, twórczo szermując argumentem, że wpakowanie tych panów za kratki byłoby aktem… antysemityzmu.

Źródło: Rzeź patriotów na Placu Zgody

O Cmentarzu Rosji na Krymie i poplecznikach Lenina

W roku 2016, dwa lata po inkorporacji Półwyspu Krymskiego do Rosji, w krymskim Kerczu wyrósł pierwszy na rosyjskiej ziemi pomnik „białego” generała Piotra Wrangla. Postarali się o to miejscowi monarchiści.

Wrangel, niech mu to będzie policzone w Niebie, w roku 1920 heroicznie bronił Krymu przed inwazją bolszewickiego barbarzyństwa. Wiemy jak to się skończyło – hordy Lenina podbiły Półwysep i dokonały tam rzezi dziesiątków tysięcy „białych” Rosjan.

„Krym nazywano Cmentarzem Rosji. […] Wysiedlono ludność mieszkającą w okolicy rozstrzeliwań: źle znosiła koszmar przesłuchań i niebezpieczeństwo, bo niedobici podpełzali do okolicznych domów i błagali o pomoc. Za okazanie współczucia okoliczna ludność płaciła głową” – pisał Siergiej Mielgunow.

Po czerwonym podboju rosyjski Krym stał się na kilkadziesiąt lat sowiecko-rosyjskim, potem sowiecko-ukraińskim, następnie ukraińskim, by w roku Pańskim 2014 powrócić na łono Matuszki Rossiji (stacjonujący wtedy na Półwyspie dwudziestotysięczny kontyngent armii ukraińskiej „rozsądnie” złożył broń bez walki; za ukraińskość Krymu dało się zabić tylko dwóch żołnierzy, z tego jeden… rosyjskiego pochodzenia).

Niedługo potem jakieś zacne dusze postanowiły uhonorować dzielnego jenerała Wrangla stosownym monumentem. Lokalny komunistyczny pomiot zareagował z wściekłością, na co reakcjoniści punktowali celnie: „Podczas Wielkiej Wojny generał Wrangel bronił Rosji przed Niemcami. A co robił wtedy wasz Lenin?”.

Gdyby ktoś nie wiedział – Lenin brał wtedy forsę od Niemców, aby móc zrobić swoją rewolucję. Wołodia okazał się tu prekursorem dzisiejszych co niektórych beneficjentów zagranicznych grantów, gotowych sprzedać ojczyznę za michę soczewicy.

Po wybuchu Wielkiej Wojny kajzerowskie Niemcy wyłożyły znaczne sumy na zdestabilizowanie Rosji przez bolszewicką dywersję. We wrześniu 1917 roku niemiecki sekretarz stanu raportował swym przełożonym: „Nasza współpraca daje namacalne rezultaty. Bez naszego stałego wsparcia ruch bolszewicki nigdy nie rozrósłby się na taką skalę i nie zdobył takich wpływów”.

Wywrotowcy Lenina mieli również innych sprzymierzeńców, w dość nieoczekiwanych miejscach. Ich plany obserwowały z zainteresowaniem pewne kręgi finansistów północnoamerykańskich. Wszystko to nie oznacza, że Lenin i jego towarzysze byli „niemieckimi agentami” bądź „sługusami światowej finansjery”, jak zarzucali im ich przeciwnicy. Nie, bolszewicy prowadzili własną grę, przyjmowali podsuwane im środki finansowe i polityczne z zamiarem użycia ich do własnych celów i przechytrzenia współgraczy. Iljicz zwykł mawiać, że kapitaliści z żądzy zysku sami kiedyś sprzedadzą sznurek, na których się ich powiesi.

We współczesne nam spory krymskich monarchistów i komunistów wmieszały się niebiosa. W listopadzie 2023 roku w Sewastopolu potężny huragan uszkodził tamtejszy Pomnik PojednaniaSynom Rosji, uczestnikom wojny domowej. Przedstawiony na monumencie krasnoarmiejec runął na ziemię, za to żołnierz Białej Gwardii krzepko ostał się żywiołowi.

Źródło: Lenin wiecznie (?) żywy

O początkach Dywizji Syberyjskiej i polsko-rosyjskim braterstwie broni

Polacy mieli to szczęście, że trafili do Grupy Symbirskiej „białych”, pod rozkazy Władimira Oskarowicza Kappela.

Kappel, wtedy jeszcze pułkownik, w niedalekiej przyszłości jeden z najwybitniejszych generałów Białej Armii, był błyskotliwym dowódcą, profesjonalnym i zarazem nieugiętym. Podejmował się najbardziej ryzykownych zadań, odnosząc zwycięstwa nawet tam, gdzie inni już opuścili ręce. Był przy tym zwyczajnie ludzki, po ojcowsku troszczący się o powierzonych żołnierzy, humanitarny także wobec pojmanych jeńców (co w kraju ogarniętym amokiem wojny domowej nie było częste). Szanowali go nawet dowódcy wojskowi wroga, starannie ukrywający owo uczucie przed politrukami dyszącymi odgórnie zleconą nienawiścią.

Władimir pojmował wojnę z bolszewizmem jako krucjatę, walkę w obronie cywilizacji chrześcijańskiej. To o takich jak on Marina Cwietajewa pisała:

Białogwardziści! Czarne gwoździe

W żebra Antychrysta.

W rzeczy samej odezwy tego dowódcy przepojone były treściami religijnymi. Swoich żołnierzy pouczał: „Do służby Ojczyźnie jesteś naznaczony palcem Bożym. Idź więc z podniesioną głową i otwartą duszą, z krzyżem w sercu i karabinem w dłoniach, po ciernistej ścieżce Krzyża, która dla Ciebie może zakończyć się tylko na dwa sposoby: albo chwalebną śmiercią na polu bitwy, albo życiem w niewysłowionej radości, w świętym szczęściu […]”.
Sowiecka propaganda przez dziesięciolecia zohydzała postać Kappela. Dopiero w roku 2008 reżyser Andriej Krawczuk oddał mu sprawiedliwość w filmie „Admirał”. O ile sam film bywa oceniany rozmaicie, jest w nim przepotężna sekwencja, bodaj jedna z najlepszych w dziejach kina batalistycznego. Oto w śniegach Syberii bolszewicy osaczają oddziały „białych”, całkowicie już pozbawione amunicji. Dowódcy są bezradni, czują nadchodzącą klęskę. I wtedy przed szeregiem żołnierzy staje Kappel. Jego przemówienie odtworzono z dokumentów źródłowych:

– Panowie oficerowie, żołnierze… Bracia! Nabojów nie mamy i czort z nimi! Z nami Bóg! A z Bogiem i modlitwą biliśmy wroga i bić będziemy! Nad wszystkim jest wola Boża. Jeśli jest nam sądzone zginąć – to zginiemy z honorem. […] Za Wiarę, za Ojczyznę – bagnet na broń! Naprzód!

Potem następuje przerażająca, choć zarazem wzniosła i porywająca scena ataku na bagnety, gdy karnym szeregom maszerującym w czeluść śmierci podążająca wraz z nimi orkiestra gra „Pożegnanie Słowianki” (co również ma głęboki religijny podtekst – współcześnie jedną z najpopularniejszych wersji tekstu tego utworu rozpoczyna wers: „Powstań za Wiarę, rosyjska ziemio!”).

Taki właśnie był Kappel. Przy tym wszystkim darzył on żarliwym afektem nację polską, którą uważał za wzór cnót rycerskich. „To wspaniały naród!”  – zwierzał się małżonce jeszcze w czasach Wielkiej Wojny.

Źródło: Front u stóp Uralu

O braku lukru na pomnikach bohaterów

Kombatanci zasłużyli na pomnik ze spiżu, nie z lukru. U nas niedouczeni szydercy zwykli kpić z sowieckich „oddziałów zaporowych”, w brutalny sposób motywujących do walki „bojców” Armii Czerwonej. A przecież w krytycznych momentach roku 1920 także generałowie Rozwadowski i Haller kazali ustawiać za plecami naszych walczących kordony z karabinami maszynowymi i strzelać bez pardonu do uciekających z pola walki. Czy ktoś jest tym zgorszony? Czy ktoś ośmieli się szydzić?

Nikt nie ujmie chwały polskim herosom, kiedy powiemy otwarcie, że i w naszych szeregach nie wszyscy byli ze stali; że nieodłącznym towarzyszem żołnierza był lęk dławiący gardło; że miały miejsce wybuchy zbiorowej paniki. Ktoś musiał nad tym zapanować, wykonać dramatyczną powinność, po której zostają złe sny, której nikt nie wspomni na akademii szkolnej.

Źródło: Kontra nad Wisłą. Batalia w 7 odsłonach

O trzech polskich szkołach powstańczego zrywu

Liczne klęski polskich zrywów niepodległościowych zaowocowały pytaniem o sens walki zbrojnej z zaborcami. Bić się, czy nie bić? – spierali się nasi patrioci. Prawidłowe pytanie winno brzmieć: Kiedy się bić? Kosztownym błędem bywała dla nas nie sama idea powstań, ale wybór niewłaściwego terminu i okoliczności.

Nasze insurekcje można podzielić wedle trzech „szkół” działania. Pierwszą, wzbudzającą najwięcej kontrowersji, były wystąpienia opierające się na romantycznym „mierzeniu sił na zamiary” oraz na niefrasobliwej strategii wyrażonej słowami „jakoś to będzie”. Powstanie Listopadowe 1830 roku, podjęte przez młodych podchorążych wbrew radom doświadczonych generałów, musiało zakończyć się przegraną, zważywszy na dysproporcję sił. Tym bardziej trójzaborowa insurekcja roku 1846 (nasi konspiratorzy z osobliwą logiką uznali, iż skoro powstanie przeciw jednemu zaborcy okazało się nieudane, należy zacząć wojnę z wszystkimi trzema naraz). W gronie skazanych na klęskę zrywów znajduje się także Powstanie Warszawskie 1944 roku, którego inspiratorzy byli doskonale poinformowani o koncentracji niemieckich wojsk pancernych wokół Warszawy, o braku zainteresowania aliantów pomocą, o smutnym losie uczestników wcześniejszych powstań w Wilnie i Lwowie.

Zupełnie inaczej należy ocenić wystąpienia wymuszone bezpośrednim atakiem wroga, takie jak działania we Lwowie w obliczu ukraińskiego zamachu w 1918 r., jak powstanie zamojskie lat 1942-1944 czy opór Żołnierzy Wyklętych. W takich przypadkach wybór nie istnieje. Nikt nie kalkuluje szans, gdy napastnik próbuje mu sięgnąć nożem gardła.

Wreszcie przypadek trzeci – podjęcie walki z rozmysłem, gdy istnieje realna szansa na odniesienie sukcesu. Insurekcja w Wielkopolsce w 1806 r. na tyłach wojsk pruskich gromionych przez Napoleona, rozbrajanie austriackich zaborców i niemieckich okupantów w listopadzie 1918 r., Powstanie Wielkopolskie 1918-1919 – to przykłady udanego, rozumnego zastosowania reguły Clausewitza, iż wojna jest przedłużeniem polityki.

Powstania Śląskie reprezentowały wszystkie te trzy „szkoły zrywu”. W roku 1919 do akcji poderwała się garść zapaleńców, mimo ostrzeżeń doświadczonych polityków i wojskowych, że musimy przegrać mając cztery tysiące karabinów przeciw pięćdziesięciotysięcznej armii wroga; że zaangażowana na Wschodzie Rzeczpospolita nie pospieszy z pomocą. Narwańcy „wiedzieli lepiej” i skończyło się to sromotną klęską.

Rok później rewolta była inna, wymuszona atakiem niemieckich bojówek. Choć zrodzona z desperacji, z odruchu samoobrony, odniosła częściowy sukces, przede wszystkim dlatego, że przywódcy postawili sobie realne cele.

Wreszcie III Powstanie – dobrze przygotowane, przemyślane w szczegółach, fachowo przeprowadzone w oparciu o dostępne zasoby, wspierane tajnymi operacjami i bazą logistyczną państwa polskiego. W rzeczy samej III Powstanie Śląskie, podobnie jak Powstanie Wielkopolskie i inne z tej „szkoły” nie wywołują sporów wśród Polaków. Żaden szanujący się patriota nie ma nic przeciw insurekcjom zwycięskim.

Źródło: Ognie na ziemi czarnej

O ucieczce Naczelnego Wodza do Rumunii we wrześniu 1939 roku

Nikt nie zaprzeczy, że nasz rząd oraz dowództwo wojska znalazły się w niesłychanie trudnej sytuacji. Tym niemniej mówimy o ekipie politycznej, która sięgnęła po władzę trzynaście lat wcześniej w dramatycznych okolicznościach, na drodze zamachu stanu i obalenia legalnego rządu Rzplitej, za cenę życia kilkuset Polaków. O ekipie, która utrzymywała się u steru szykanując, wtrącając do więzień, a niekiedy mordując kolejnych obywateli. Chyba wolno zapytać, czy paniczna ucieczka sanacyjnych „elit” przez most w Kutach była warta tych strasznych kosztów?

– Ale cóż mógł we wrześniu uczynić Rydz? – zapytują jego zwolennicy. Odpowiedzi udzielił sam zainteresowany. Kilka lat wcześniej uczestniczył w dyskusji na temat postawy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, któren w roku 1792, w obliczu wojny z Rosją nakazał zaprzestanie obrony i przystąpił do Targowicy. Rozmaite litościwe dusze także stawiały pytanie o to, co innego mógł zrobić król w tak beznadziejnej sytuacji? I wtedy zabrał głos Śmigły-Rydz, w iście spiżowych słowach:

– Mógł stanąć na czele wojska i zginąć!

Z racji pełnionych funkcji Rydza słuchano uważnie i skwapliwie oklaskiwano jego werbalną nieugiętość. Ale życie, niczym w pokerowej rozgrywce, rzekło na owe szumne deklaracje: -SPRAWDZAM! A wtedy nasz Naczelny Wódz, wcześniej tak dziarsko pozujący fotografom i portrecistom z marszałkowską buławą, tak gromko „nie oddający ani guzika”, w połowie kampanii wrześniowej znalazł bezpieczną przystań w kraju ościennym… […]

Nie wszyscy polscy dowódcy byli ulepieni z takiej gliny. Wspomniany generał Kleeberg również otrzymał propozycję ewakuacji do Rumunii, drogą lotniczą, ale zdecydowanie odmówił. Jego słowa warte są zapamiętania: „Wojna jest przegrana. Ale honor żołnierza nie jest przegrany. Mam żołnierzy pod swoją komendą. Nie opuszczę ich!”.

Źródło: „Z bolszewikami nie walczyć”. Gorzka prawda o obronie Kresów

O kolaborantach koszernych

Okres II wojny światowej był czasem bohaterstwa i hańby. Polacy, Żydzi i wszystkie inne narody mieli swoich herosów, jak i swych nikczemników. Tymczasem dziś narzucana jest nam agresywna i jednostronna narracja – odpowiedzialnością za przypadki zdrady niektórych Polaków obarcza się cały nasz naród (jako „naród sprawców”), zaś o kolaboracji poszczególnych Żydów mówić „nie wypada”.

Toż wystarczy przypomnieć wieloletnią batalię o ujawnienie haniebnej postawy pewnych Semitów w tragicznych dniach września 1939 roku, ich akcesu do sojuszu socjalistów brunatnych i czerwonych, zjednoczonych w dziele zniszczenia Drugiej Rzeczypospolitej. […]

Na szczęście prawda, owa „oliwa sprawiedliwa” przebiła się na powierzchnię. Dziś wszyscy wiedzą (albo wiedzieć powinni) o wspólnej defiladzie zwycięstwa Wehrmachtu  i Armii Czerwonej w Brześciu, gdzie na trybunie honorowej, obok niemieckiego generała Heinza Guderiana, stał sowiecki kombrig narodowości żydowskiej Siemion Mojsiejewicz Kriwoszein. Nie jest już tajemnicą fakt, iż w Kobryniu Niemcy uzbroili miejscowych komunistów, choć ci specjalnie nie kryli swego niearyjskiego pochodzenia. Podobnie w Lubomli Niemcy lojalnie współpracowali z miejscowym żydowsko-ukraińskim komitetem rewolucyjnym.

Jednak do powszechnego obiegu wciąż z trudem przebija się informacja, że także w centralnej Polsce maszerujący Wehrmacht nie raz witały tłumy wiwatujących Żydów. Mało kto ma odwagę mówić o realiach życia gett w niemieckim zaborze – o lokalnych „żydowskich królach” z hitlerowskiego nadania; o tysiącach policjantów z Jüdischer Ordnungsdienst, ochoczo okładających pałkami swych ziomków pędzonych na miejsca kaźni; o semickich szmalcownikach i agentach Gestapo z „Trzynastki” czy „Żagwi”. Także o stu pięćdziesięciu tysiącach żydowskich żołnierzach Wehrmachtu, SS, Luftwaffe i Kriegsmarine, wśród których znalazło się co najmniej dwudziestu ośmiu generałów i admirałów, a nawet feldmarszałek.

Politycznie poprawni dziejopisowie, tak gorliwie piętnujący „zbrodniczych Polaków”, potrafią jednak rozczulić się nad „moralnymi rozterkami” policjanta Calka Perechodnika (który osobiście zaprowadził żonę wraz z dwuletnią córeczką do pociągu odjeżdżającego do Treblinki). Albo zadumać się nad „dramatycznymi wyborami” szefa łódzkiego Judenratu Chaima Rumkowskiego, żądającego od tamtejszych Żydów oddania dzieci na pewną zagładę („Muszę przygotować tę trudną i krwawą operację, muszę odciąć gałęzie, aby ocalić pień”). Bądź też potraktować ze zrozumieniem „idealizm” Abrahama Sterna, szykującego prohitlerowską rebelię w Palestynie.

Źródło: Żydzi Führera

O rządach generała Pinocheta w Chile

Oczywiście, śmierć trzech tysięcy ludzi to straszliwa tragedia. Ale za tę cenę powstrzymano komunistycznych rewolucjonistów. Praktyka pokazała, że w krajach, w których udało im się uchwycić władzę, represje były nieporównywalnie większe. W jednym Katyniu komuniści zabili w ciągu kilku tygodni dwukrotnie więcej ofiar, niż żołnierze Pinocheta przez 17 lat.

Od 1917 r. wyznawcy Lenina i  Mao zamordowali na świecie ok. 100 milionów ludzi.

Nasuwa się pytanie – czy np. dla Rosji i świata nie było by lepiej, gdyby w 1917 r. jakiś carski generał zlikwidował, w odpowiedniej chwili, przywódców partii bolszewickiej – ot, ze 2-3 tysiące, tylu co Pinochet u siebie? Albo, jeśliby jakiś generał niemiecki w latach 30. obalił zamachem stanu demokratycznie wybranego kanclerza Adolfa Hitlera, i wytracił trzy tysiące najpaskudniejszych narodowo-socjalistycznych łapserdaków? Zgodzimy się chyba, że ileś tam dziesiątków milionów ludzi pożyłoby jeszcze trochę?

Źródło: Wojownicy Chrystusa

O niedoszłym zamachu na Jana Pawła II na Filipinach

Architektem  operacji był Pakistańczyk Khalid Sheikh Mohammed. W latach 80. zdobył on duże doświadczenie wojskowe, walcząc jako ochotnik w szeregach mudżahedinów (Bożych wojowników) przeciwstawiających się sowieckiej okupacji Afganistanu. […]

Początkiem kampanii miało być zamordowanie papieża Jana Pawła II, wizytującego Manilę. Plan zakładał, że do Ojca Świętego zbliży się terrorysta-samobójca przebrany za księdza, który w odpowiedniej chwili zdetonuje ukrytą pod sutanną bombę. Po sześciu dniach miała rozpocząć się druga faza morderczego projektu. Polegałaby na podłożeniu bomb zegarowych w jedenastu samolotach pasażerskich zmierzających z Azji do USA. […] W ramach trzeciego etapu działań terroryści zaplanowali samobójcze ataki lotnicze na wybrane cele w USA. Początkowo zamierzali uprowadzić tuzin samolotów pasażerskich i uderzyć nimi m.in. w nowojorskie wieże WTC, gmachy Kapitolu i Białego Domu w Waszyngtonie, arlingtoński Pentagon, wieżowiec US Bank Tower w Los Angeles oraz najwyższy podówczas budynek świata, drapacz chmur Sears Tower w Chicago. […]

Khalid Sheikh Mohammed nadał swej operacji kryptonim, której angielski zapis – Bojinka – stał się przyczyną dezinformacji. Długo spekulowano o możliwym serbsko-chorwackim pochodzeniu tego wyrazu, rzekomo mającego oznaczać głośną detonację. Po latach sprawę wyjaśnił sam autor przedsięwzięcia. Wspomniał on Bojinkę jako „rosyjskie bezsensowne słowo”, zasłyszane przezeń podczas pobytu na froncie w Afganistanie. Zdaniem specjalistów najprawdopodobniej chodzi o zwrot Bożeńka (Боженька), zdrobniałą formę określenia Boga (Бог) – odpowiednik familiarnych określeń Bozia czy Pon Bócek, występujących w naszej ludowej pobożności.

Zapewne w Afganistanie wezwanie to wielokrotnie padało z ust rosyjskojęzycznych Szurawich (Sowietów), na potwierdzenie prawdy, że w okopach nie ma ateistów. Mając w pamięci okrucieństwo wojny afgańskiej, szczególnie zaś sposób traktowania jeńców praktykowany przez obie strony konfliktu, skóra cierpnie na myśl, w jakich okolicznościach imć Khalid Sheikh Mohammed mógł usłyszeć ów akt strzelisty.

Źródło:Operacja „Bojinka”

O antyaborcyjnych „ekstremistach” z Army of God

Jeżeli moralnie dopuszczalna jest obrona dziecka, choćby noworodka, przed napadem, stosownymi do okoliczności metodami, to czemu prawa tego odmawiać dziecku nienarodzonemu?

Jeśli wojna partyzancka w obronie nienarodzonych, prowadzona przez radykalne grupy antyaborcyjne jest „niemoralna” – to jaka właściwie wojna zasługuje na miano sprawiedliwej (bądź usprawiedliwionej)?

Czy strzał do oprawcy z Gestapo był niemoralny?

Źródło: Wojownicy Chrystusa

O Januszu Walusiu i zamachu na Chrisa Haniego

Chris Hani był bezlitosnym mordercą. Usprawiedliwiał najbardziej barbarzyńskie akty przemocy wojujących „antyrasistów”, w tym palenie ludzi żywcem. Niesławne „naszyjniki” z płonących opon zarzucane na szyje nieszczęsnych ofiar nazywał „tradycyjną formą sprawiedliwości” oraz „bronią uciskanych, pragnących usunąć nowotwór z naszego społeczeństwa”. […]

Na początku lat 90. terrorysta Chris Hani przepoczwarzył się w szacownego polityka. Przywdział elegancki garnitur, ale jego bojówki nadal siały śmierć. Ogarnięte amokiem tłumy skandowały: „Zabij Bura!”. Ulice miast spływały krwią, każdego dnia media serwowały obrazy nowych rzezi, publikowały makabryczne zdjęcia ofiar – zastrzelonych, poćwiartowanych, spalonych żywcem. Bez tej wiedzy nie sposób pojąć motywacji Janusza Walusia. Polski emigrant, oddając strzały do lidera komunistów, widział w nim człowieka, który podpalił kraj. […]

Zamach na Haniego był zarazem wołaniem o sprawiedliwość. Waluś upomniał się o ofiary – o białych rozerwanych wybuchami bomb i o czarnych wciskanych w płonące „naszyjniki”. Patrząc szerzej – Polak upomniał się o prawie sto milionów ofiar komunizmu wdeptanych w krwawe błoto, od Albanii po Koreę, od Polski po Mozambik, od Kuby po Kambodżę. O sto milionów ludzi, których oprawcy w ogromnej większości pozostali bezkarni. Dzięki Walusiowi przynajmniej jeden czerwony „człowiek honoru” nie doczekał sutej emerytury.

Źródło: Janusz Waluś. Śladem Wyklętych

O okrucieństwach naszej strony

Wojen nie toczą posągi ze spiżu, tylko żywi ludzie. A gdzie są żywi ludzie, tam obok bohaterstwa występuje również zwierzęcy strach; obok rycerskich gestów – akty zwyrodniałego okrucieństwa. Mówiąc wprost: NASI byli niekiedy okrutni, brudni, cuchnęli strachem i potem, mieli żałosne maniery. Ale my mamy u nich dług wdzięczności. […] Powiedzmy sobie szczerze – ktoś wykonuje brudną, niewdzięczną robotę, ratując Bóg wie ile niewinnych istnień. W zamian zyskuje tylko obelgi, niekiedy z ust ocalonych przez siebie osób.

Jednak to wszystko nie oznacza, że skoro wróg jest bezlitosny i trzeba go powstrzymać, to żadne zasady nie obowiązują. […] Może warto powtórzyć za de Maistre’m i Bierdiajewem, że jeśli rzeczywiście chcemy wyjść z koszmaru, to kontrrewolucja musi być odwrotnością rewolucji, a nie odwrotną rewolucją. Czasami NASI popełniają czyny, dla których próżno szukać usprawiedliwienia. Kiedyś przypomniałem masakrę w Dubinkach – oddział AK „Łupaszki” wymordował tam grupę litewskich cywilów, w tym kobiety i dzieci, w odwecie za rzeź Polaków w Glinciszkach, dokonaną przez litewską policję.

Mechanizm zdarzenia łatwo zrozumieć – zanim „łupaszkowcy” poszli zabijać i mścić, widzieli polskie ofiary w Glinciszkach. Uwalniali dłonie ofiar, skrępowane przez Litwinów drutem; pomagali pogrzebać ich ciała, również ciała małych dzieci. To wtedy poczuli zapach śmierci. On już w nich pozostał… Ale czy to usprawiedliwia Dubinki? Strzał do dwumiesięcznego niemowlęcia? Zamordowanie trzy-, czteroletnich dzieci i ich matek? Nie zamierzam tu wymądrzać się, moralizować ani oceniać. Opisując takie zdarzenia czuję się bezradny. Tym bardziej, że nie wiem – nikt z nas nie wie – jakby sam zachował się w takiej sytuacji.
Pytano mnie z agresją: „Po co o tym piszesz?”. Interesujące, że oburzali się ludzie, którzy na co dzień powtarzają jak mantrę mackiewiczowe: „Tylko prawda jest ciekawa”. Dla mnie odpowiedź była oczywista: pisałem, bo to się wydarzyło. Mam swoje sympatie, będę ich bronił do upadłego. Opowiadając się za jakąś ideą, biorę ją z całym bagażem przeszłości. Ale też nie jestem niczyim oficerem propagandowym, nie będę upiększał historii, ani przemilczał spraw niewygodnych.
Dla ukojenia wspomnę tu epizod z konkwisty Meksyku. Hernán Cortés dokonał tam wielkiego dzieła – obalił skrwawione ołtarze w azteckich świątyniach, uwolnił miliony Indian spod władzy czarnych bóstw, przygotował teren pod chrystianizację. Tyle, że na tej drodze dokonał czynów strasznych. Przelał morze krwi. Po zdobyciu Tenochtitlan przybył tam zespół franciszkanów, mających rozpocząć nowy, duchowy etap konkwisty. Cortés powitał ich klęcząc w pyle. „Spowiadał się płacząc” – zanotował jeden z zakonników.
Ta scena rzuca mnie na kolana. Przesławny Cortés, pogromca potężnego azteckiego imperium, nieulękły rębajło wsławiony w dziesiątkach bitew – oddawał się pod Bożą jurysdykcję z pokorą niewolnika. Nie szukał dla siebie usprawiedliwień. Nie bagatelizował swoich czynów. Nie porównywał ich z okrucieństwem nieprzyjaciela. Tylko klęczał w pyle. Płakał.

Źródło: A. Witczak, Rozmowa z Andrzejem Solakiem, „Młodzież Imperium”