Kwestie prywatne

O wierze, tradycji i ekumenizmie

…mam honor być katolikiem. Katolikiem zwyczajnym, który nie zamierza nikogo za swą katolickość przepraszać.

Jako katolik zwyczajny nie lubię kościelnego nowinkarstwa, nie rozumiem ludzi, którym przeszkadzała łacina albo Komunia Święta na klęczkach. Na naszych „braci odłączonych” staram się patrzeć z szacunkiem – bo przecież szukają swej ścieżki do Boga – jednak dramaty skrywające się pod słowami „schizma” i „herezja” są zbyt wielkie, by przejść nad nimi do porządku dziennego.
Tylko, że jest jeszcze druga strona medalu. Nie umiem, nie chcę zapomnieć o prawosławnych chrześcijanach opierających się przez stulecia islamskiej nawale. Przecież na Kosowym Polu katoliccy ochotnicy z Polski, Węgier, Niemiec, Czech stanęli obok prawosławnych Serbów, Bośniaków i Bułgarów. Jedni i drudzy walczyli ramię przy ramieniu. Podobnie było w upadającym Konstantynopolu, któremu pospieszyli z odsieczą Genueńczycy. W oblężonym Chocimiu dyzuniccy Kozacy stanowili prawie połowę wojsk hetmana Chodkiewicza. […]

Oprócz braterstwa broni istnieje inna wspólna płaszczyzna – męczeństwo. W krajach komunistycznych, muzułmańskich, pogańskich innowiercy ginęli wraz z katolikami. Mogli łatwo kupić sobie życie i wolność – za cenę wyrzeczenia się wiary, zaparcia się Jezusa, bluźnierstwa. Nie uczynili tego. Zabijano ich z nienawiści do Chrystusa, wśród najgorszych tortur, a Chrystus na to patrzył. Tym ludziom należy się nasz szacunek. Kwestia zbawienia to sprawa Najwyższego. Ani mi w głowie rola żandarma pouczającego Pana Boga, kogo wolno Mu zbawić, a kogo nie.

Źródło: A. Witczak, Rozmowa z Andrzejem Solakiem, „Młodzież Imperium”

O swych tatarskich korzeniach

Niby posiadam mocne aryjskie papiery, ale tak naprawdę babcia nazywała się Rodziewicz (z TYCH Rodziewiczów), a ród ów założyli litewscy Tatarzy! Nie da się ukryć, w żyłach niżej podpisanego chlupocze ze dwa, albo i trzy procent krwi ordyńców. Aryjczyk więc ze mnie trochę „podrasowany”…

Źródło: Wojownicy Chrystusa

O swoich książkach

To historie ludzi postawionych przed krańcowo trudnymi wyborami, bądź też całkowicie pozbawionych możliwości wyboru. Historie często straszne, napisane przez życie, a jeszcze bardziej przez śmierć – bo to ciągła opowieść o zabijaniu. Stale pojawia się w nich motyw relacji między religią, patriotyzmem i przemocą.

I nie ma tu łatwych, prostych, politycznie poprawnych odpowiedzi. Aby przeciwstawić się zmotywowanemu przeciwnikowi – wyznawcom rewolucji marksistowskiej, zwolennikom wyższości rasy nordyckiej, czy wreszcie dżihadystom różnych epok – potrzeba było ludzi posiadających szczerą wiarę. Wiarę w swojego Boga, w swój kraj, we własny naród. Pochodu zła nigdy nie zatrzymano przywdziewając podkoszulek z pacyfą, ani wymachując tęczową flagą.

Źródło: K. Gac, Opowieści o zabijaniu, „Do Rzeczy”

O nienawiści, odwecie i samopokajaniu

… ja wiem, że Kościół trawi permanentny kryzys, od jakichś 2000 lat. Nie chcę zasłaniać swych win okropnymi czynami niektórych moich współwyznawców. Nie będę spowiadał się bijąc kułakiem w cudzą pierś. Wystarczy mi obraz najsłabszego kościelnego ogniwa – mój własny. Jestem jednym z tych karłów, którzy wspięli się na ramiona olbrzymów, czerpiąc niezasłużone korzyści z cudzego poświęcenia. […]

Znam świadectwa z wielu miejsc kaźni, wcale niepowieściowych, gdzie prawdziwie wstrząsające było nie tylko okrucieństwo siepaczy. Ot, przypadek księdza Stanisława Budkiewicza, w lochach Łubianki błogosławiącego czekistów, już czekających z naganami w garści. Albo taki ojciec Michał Pro, meksykański jezuita, co uściskał szlochającego kata, i rzekł mu serdecznie: „Nie tylko wybaczam, ale i dziękuję!”. Bądź tych pięćdziesięciu jeden klaretynów z Barbastro, przeważnie młodych kleryków, skazanych na śmierć przez hiszpańską Republikę, co zostawili na ścianie celi napis nawiązujący do Chrystusowych słów z Golgoty: „Zbaw ich, Panie, bo nie wiedzą, co czynią”. Czy też ów albański seminarzysta Marek Çuni, który zginął z okrzykiem: „Niech żyje Chrystus Król! Przebaczamy naszym nieprzyjaciołom!”. Czytałem też o bezimiennym wandejskim wieśniaku, który dosłownie nad trupami swej żony i dziatek pochwycił jakobińskiego oprycha – i darował mu życie, puścił go wolno, bo jako katolik poniechał zemsty.

Znam mnóstwo tego rodzaju relacji, i czuję pokorę, i własną nędzę, i narastającą bezradność. Wybaczyć własne cierpienie to jedno, ale kaźń swoich bliskich?

Kiedy opowiadam o zbrodniach lewicy w Hiszpanii – o pewnej pani profesor Uniwersytetu w Walencji, której wyłupiono oczy, a potem wycięto język, by nie kalała już uszu rewolucjonistów okrzykiem „Viva Cristo Rey!”, o matce dwóch jezuitów, którą zabito wciskając jej do gardła krucyfiks, o ukoronowanym cierniem proboszczu Torrijos, o księdzu z El Saucejo ukrzyżowanym głową w dół na drzwiach kościoła, o „dowcipnym” wywlekaniu szczątków mnichów z grobowców, o meczu piłki nożnej w madryckim kościele św. Antoniego, gdzie kopano wydobytą z krypty ludzką czaszkę – druga strona natychmiast uruchamia swój „łotebałtyzm”:

– A czy ty wiesz, ilu lewicowców wytłukł ten twój generał Franco? – dociekają.

Wtedy ja, świadom swej marności, ale i tego, co działo się w Hiszpanii, Polsce, Rosji i gdzie indziej, warczę w szczerym odruchu:

– Za mało!

To nie jest postawa, którą katolik mógłby się chlubić. Mogę tylko żywić nadzieję, że takich „łotrów po prawicy” jak ja również stworzono w jakimś celu.

Źródło: Zdelegalizować Kościół?