Modlitwa mieczy. Kroniki obrońców Wiary

Nakładem wydawnictwa Sumus ukazało się wznowienie książki Andrzeja Solaka Modlitwa mieczy. Kroniki obrońców Wiary. Na tom składają się teksty poświęcone wojownikom broniących chrześcijańskich enklaw w różnych epokach, od średniowiecza po współczesność. Rozpiętość tematów jest ogromna. Śledzimy dzieje zmagań krzyżowców z muzułmanami i poganami, indiańskich wojowników Kościoła, powstańców wandejskich, polskich żołnierzy Legii Cudzoziemskiej. Opisano również bardziej współczesne walki, które toczyły się w dżunglach Wietnamu, Birmy, Konga i Biafry.

Zob.:

https://sumuswydawnictwo.pl/pl/p/Modlitwa-mieczy.-Kroniki-obroncow-wiary/1420

Fragmenty:

Jarl Sigurd, który wyrósł na pierwszoplanową postać sprzysiężenia, rozesłał szeroko wici, wzywając do walnej rozprawy z chrześcijanami Irlandii.

Zabójcy zwietrzyli krew. Z krajów Północy pospieszyły pod rozkazy Sigurda tłumy banitów, morderców i łotrów najgorszego autoramentu. Wzywał ich sztandar z Krukiem, utkany przez matkę Sigurda, czarownicę. Wedle obietnicy wiedźmy, magiczna chorągiew miała przynieść poganom zwycięstwo – choć za cenę śmierci dźwigających ją chorążych.

W mitologii skandynawskiej kruki Huginn (Rozum) i Muninn (Pamięć) są wysłannikami boga Odyna. To one zanoszą wybranym wojownikom ziele nieśmiertelności. Również sam Odyn, jako wzbudzający nieopisaną grozę Dziki Jeździec, mroczny władca krainy duchów, przybiera czasem postać Nocnego Kruka. A dla Celtów kruk jest zwiastunem nieszczęścia…

(Kruki Odyna)

Kilkuset „krzyżowców” z oddziału Kapistrana, rozognionych porywającą mową franciszkanina, spontanicznie rzuciło się w stronę pozycji tureckich. Wodzowie usiłowali ich powstrzymać. Hunyadi i jego doradcy, z przenikliwością zawodowców oceniali, że mimo potwornych strat Turcy wciąż jeszcze przedstawiali ogromną siłę. Ich argumenty trafiały jednak w próżnię. Widząc determinację i zapał ochotników, ojciec Kapistran stanął na ich czele, stwierdziwszy: 

– Pan, który zrobił początek, będzie troszczył się i o koniec!

To, co wydarzyło się później, zakrawało na cud. Na widok garstki nacierających chrześcijan, zdemoralizowana piechota turecka cisnęła broń i rzuciła się do ucieczki. Żołnierze Kapistrana nie poprzestali na zdobyciu pierwszej tureckiej linii. Uderzyli zaraz na drugą i zajęli ją po krótkiej walce. Teraz ruszyli wprost do nieprzyjacielskiego obozu!

Na wałach Belgradu wybuchł nieopisany entuzjazm. Kto żyw, chwytał za broń i pędził w ślad za oddziałem walecznego mnicha. Tysiące wojowników – wynędzniałych, osłabionych chorobą, z niezaleczonymi ranami, wszelako rozgrzanych żarem świętej wojny – gnało do ostatecznego ataku. A na ich czele posuwał się konno starzec w franciszkańskim habicie, ze wzniesionym wysoko krzyżem.

(Odsiecz Belgradu)

Łodzie korsarzy zbliżyły się na odległość strzału. Zagrzmiały hiszpańskie działa – wszystkiego sześć sztuk. Kanaryjscy puszkarze dobrze znali swój fach. Zamiast zwykłych, armatnich kul załadowali do luf worki wypełnione pociskami muszkietowymi. Na załogi angielskich łodzi spadł z nieba ognisty grad.

Potem otworzyli ogień muszkieterowie. Hiszpańska ręczna broń palna zaliczała się wtedy do najlepszych w świecie. Muszkiety biły celnie na sto pięćdziesiąt kroków, a przygotowanie do strzału trwało „niecałą zdrowaśmarię”. Teraz z brzegu oddawano regularne salwy, każdą z trzydziestu luf, i każda czyniła spustoszenie w szeregach desantu. Korsarze nie wytrzymali krwawej kąpieli; zawrócili na swe okręty.

(El Draque)

Terror rozlewa się na cały kraj, pochłaniając ofiary niezależnie od ich pochodzenia, płci, wieku.

– Jakież to piękne! – entuzjazmuje się rewolucyjny przysięgły z Saint Pol, patrząc na spływającą mu z dłoni krew zgilotynowanych ofiar.

W Paryżu mały Ludwik XVII, prawowity władca Francji (miał osiem lat, gdy zamordowano mu rodziców), czeka na śmierć w cuchnącej celi, dręczony przez strażników. Ukradkiem, kawałkiem węgla maluje na ścianie kwiaty. Umrze w dziesiątej wiośnie życia, po trzyletniej więziennej gehennie. Zostawi po sobie przerwany w połowie napis na ścianie celi: „Kochana Mamusiu, proszę…”.

O kilka lat starsza Marie-Nicole Bouchard, służąca, wstępuje na rusztowanie szafotu na stołecznym Placu Rewolucji. Z dziecięcą ufnością kładzie się na desce gilotyny i wsuwa głowę wprost pod ostrze „brzytwy narodowej”. Nawet kat Sanson – chłodny profesjonalista, który osobiście ściął 3000 głów – jest roztrzęsiony, kiedy w śmiertelnej ciszy poprzedzającej upadek ostrza rozlega się dźwięczny głosik skazanej:

– Panie kacie, czy tak dobrze?

(Lasy Savenay)

Z rykiem silników bombowiec rwał ku ziemi. Wymalowana na nosie samolotu rozwarta paszcza rekina była niczym zwiastun śmierci.

Przed oczami pilota ukazał się pas startowy nigeryjskiego lotniska wojskowego w Makurdi. Widać było sylwetki uziemionych samolotów, podrywający się do lotu helikopter, figurki uciekających w popłochu ludzi… Atakująca maszyna bluznęła serią z karabinu maszynowego. Zaraz potem w rozgrzaną afrykańskim słońcem płytę lotniska uderzyły bomby.

Teraz pędzący samolot poderwał się ku niebu, zatoczył krąg nad lotniskiem. Załoga przez chwilę obserwowała efekty nalotu. Na dole płomienie pochłaniały wraki dwóch samolotów transportowych i samochodu-cysterny. Z rozbitego helikoptera ludzie wynosili ciało wyższego oficera; potem okazało się, że był to szef sztabu nigeryjskich sił zbrojnych.

Bombowiec, który dokonał tego spustoszenia, własność Biafrańskich Sił Powietrznych, zawrócił do bazy. Na pokładzie maszyny wybuchł entuzjazm. Murzyńska załoga okrzykami i śpiewem świętowała udany nalot. Tylko biały pilot siedzący za sterami maszyny zachował spokój. W swoim burzliwym życiu już wielokrotnie zaglądał śmierci w oczy. Pochodził z dalekiej Europy, teraz wąchał proch w trzeciej już wojnie.

(Skrzydła Biafry)